czwartek, 29 września 2016

Misja Europa. Odcinek Szósty

Dżiowedi, Venti Trenta, Rai Uno
Kącik kulinarno-militarny. Picca. Jak wiadomo, do Polski przywiozła ją królowa Bona i przez długi czas Polacy myśleli, że jest to jeden z elementów tzw. „włoszczyzny”. Dopiero król Sobieski wyjaśnił rodakom: „Picca jaka jest – każdy widzi”. Na Litwie nieporozumienie to trwało znacznie dłużej – jeszcze Mickiewicz w XIX wieku myślał, że piccą jest świerzop…
A skąd wzięła się we Włoszech? Jak twierdzi rzymski profesor Teodore Bondżiorno-Błonasera, tą zacną potrawę odkryli Kartagińczycy podczas wojen punickich. Owoż, gdy Hannibal na czele armii pokonywał Alpy, aby pokonać wojowniczych Rzymian, jego brat Hazdrubal położył sobie bułkę z oliwkami, serem i pomidorem na płaskim kamieniu. Jeden z ostatnich słoni, które prowadziła ze sobą kartagińska armia i który przeżył drogę przez Alpy, przez nieuwagę nadepnął na ową bułkę. Początkowo z ust Hazdrubala wydobył się potok bluzgów… Po chwili, gdy kartagiński wódz przyjrzał się uważnie jak wygląda bułka po prasowaniu, wyrzekł z wolna w natchnionym zdumieniu: „picca”… Po kartagińsku oznacza to w wolnym tłumaczeniu: „a niech mnie…”. I tak właśnie powstała pizza. Było to w 218 roku. Bifor Krajst.
Zafascynowany odkryciem brata Hannibal zastosował słynny szyk piccowy podczas bitwy pod Kannami, gdzie rozgromił rzymskie legiony. Dopiero, gdy rzymski kontrwywiad zdobył ściśle strzeżoną tajemnicę wyrobu piccy, losy wojny odmieniły się. Scypion zreformował armię tworząc tzw. rzymskiego żółwia – legioniści idąc w zwartym szyku trzymali nad głowami picce. Dzięki temu wygrali wojnę, a Kartagina zniknęła z powierzchni ziemi.
Odtąd picca stała się stałym elementem w ważnych momentach historii. Juliusz Cezar swą słynną „Wojnę Galijską” zaczął od zdania: „Picca iacta est”, zaś przekraczając Rubikon rzekł: „Picce zostały zjedzone”. Hugenota Henryk z Nawarry, gdy miał zostać królem Francji powiedział słynne słowa: „Paryż wart jest piccy”. Łinston Czerczil powiedział zaś na zebraniu Klubu Puszystych Weteranów: „Nigdy dotąd tak niewielu nie zjadło tak wiele piccy”.
Również giganci światowej literatury umiłowali kartagińską potrawę. Lew Tołstoj napisał „Picca i Pokój”, Dostojewski „Zbrodnia i picca”, Flaubert „Panią Piccary”, Dante Alighieri „Boską piccę”, zaś Umberto Eco „Imię piccy”. W literaturze sensacyjnej najbardziej znane są powieści Ludluma „Tożsamość piccy” i Forsytha „Dzień piccy”.
W Polsce piccę opisywał w swych pamiętnikach Pasek, Kochanowski urządził pierwszą polską piccerię w Czarnolesie, i nie trzeba wiele wyobraźni, aby zgadnąć co było głównym daniem na obiadach czwartkowych u króla Stasia. Mały Jaś Kopenik został zapamiętany jako dziwne, zamyślone dziecko, które wciąż obraca wkoło leżącą przed nim piccę, wpatrując się w nią uparcie… W muzeum Czartoryskich w Krakowie można do dziś oglądać lekkie krągłe zagłębienia na obrazie Leonarda „Dama z łasiczką” – jednoznacznie wskazujące co mistrz zamierzał umieścić początkowo przy biuście damy, zanim nie przyszedł mu do głowy ten dziwaczny szczur.
Najgroźniejszą odmianą piccy jest picca prościutto – gdy ją zjesz, biegniesz prościutto do WC. Temat piccy tym samym uważam za wyczerpany. Teraz do rzeczy.
Muszę się przyznać, że czułem lekkie zaniepokojenie przed spotkaniem z don Corleone. Spotkanie wyznaczyliśmy przy plaży w miejscu gdzie rzeka Fiume dzieląca Caorle na dwie połowy wlewa swe wody do Adriatyku. Ubrałem skarpety i sandały, do kieszeni dżinsów włożyłem dwie główki czosnku, a w nogawce spodni ukryłem zastrugany kołek. Byłem gotowy.
O godzinie siedemnastej, gdy włoskie miasta wymierają podczas sjesty, dotarłem na miejsce. Rozejrzałem się po okolicy. Plaża była całkowicie pusta. Na wschodzie widać było budynki i hotele starego Caorle, ponad które wyrastała tysiącletnia katedra świętego Stefana z wysoką wieżą, a jeszcze dalej, na horyzoncie majaczył Kościół Najświętszej Maryji Panny Anioła z XIV wieku. Wieża stojąca obok tego kościółka na końcu długiej promenady była wielokrotnie niszczona przez jesienne sztormy występujące na Adriatyku.
Don Corleone nie przybył sam. Miał ze sobą swego nieodłącznego stróża – Luidżi’ego. Luidżi stanął w pewnym oddaleniu, zaś don Corleone podszedł do mnie niespiesznie, patrząc od niechcenia na morze.
- Przejdźmy się – powiedział.
Ruszyliśmy z wolna po plaży. Czułem jak piasek dostaje się między skarpetki i sandały…
- Kim ty jesteś, Polakko? – zapytał wreszcie Corleone i nie czekając na odpowiedź ciągnął – Udaremniłeś kilka zamachów na swoje życie, załatwiając mojego najlepszego człowieka. Tylko najbardziej profesjonalny zawodowiec dałby radę mojemu Luidżi’emu. Kim ty u diabła jesteś?
- Jestem Agentem Rzeczypospolitej – powiedziałem wolno. Teraz ukrywanie się nie miało już sensu. Postanowiłem grać w otwarte karty.
- Hmmm. Teraz już wszystko jasne – powiedział don Corleone. Milczał przez chwilę, w końcu spojrzał na mnie i rzekł – Nie będę pytał jaką masz misję, bo wiem, że mi nie powiesz. Zapytam jedynie, czy Twoja misja dotyczy mojej rodzinnej firmy?
- Nie…
Don Corleone odetchnął z ulgą i dał jakiś przeczący znak Luidżi’emu, który od dłuższej chwili nieudolnie ukryty za palmą usiłował bez powodzenia złożyć karabin snajperski. Wróciliśmy do Luidżi’ego, który w międzyczasie schował karabin w krzakach. Corleone spojrzał na mnie i zapytał:
- Jaki masz status?
- Rudy. Rudy 102…
Corleone zbladł.
- Znam tylko status 101, czyli licencję na zabijanie. Co oznacza status Rudy 102? Na co masz licencję?
Chwilę milczałem patrząc mu w oczy. Wreszcie wycedziłem wolno:
- Na skarpety… Skarpety i sandały…
Luidżi wyszeptał: „Porka mizeria”… I zemdlał.
CDN

Misja Europa. Odcinek Piąty. Melancholia

In Vino Veritas…
Merkoledi, Venti Trenta, Rai Uno.
Melancholia. Dopada nie wiadomo kiedy.
Koniec sezonu. Zamknięte restauracje, wymarłe turystyczne kompleksy, nieczynna, przykryta plandeką kolejka dla dzieci… Opadłe liście topoli wysychające w południowym słońcu. Opustoszała plaża… Leniwe fale którym nawet nie chce się szumieć, tak jak powinno szumieć morze. Słychać jedynie subtelny dźwięk muszelek grzechoczących niczym drobne dzwoneczki, gdy fala popycha je delikatnie ku brzegowi. Przypominają się big beatowe szlagiery. Klenczon „Historia jednej znajomości”, Stan Borys „Spacer dziką plażą”, Irena Santor „Już nie ma dzikich plaż”… Już nawet nie irytuje mnie ten tekst… Jak autor (Tomaszewski) mógł połączyć dziką plażę i małą kafejkę przy molo? Jak dzika plaża to jakie molo, jaka kafejka? Jak dzika plaża, to glony, zdechła ryba i gałęzi kupa...
Luidżi pojawił się jedynie wczesnym rankiem. Widziałem go jak tocząc łzy majstrował z piłą przy moich hamulcach. Gdy jak zwykle wesoło wyskoczyłem, aby przestraszyć go dla żartu, Luidżi… o dziwo uciekł. Krzyczał jedynie histerycznie „mamma mia!”. W czasie panicznej ucieczki jego rzadkie włosy wymknęły się spod warstwy żelu i powiewały na wietrze…
Chyba się wstydzi swych wybryków w Wenecji.
A mnie jakoś smutno na duszy.
Piąty dzień poza granicami kraju. Niby palmy, słońce i czyste morze. Ale coś wierci w środku, niczym Skawińskiego w jego latarni, gdy dorwał się do Mickiewicza. Tam daleko u nas, na północy przecie tak wesoło. Macierewicz, Krycha Pawłowicz, ustawa antyaborcyjna, CETA i TTIP, ksiądz Międlar, weseli brunatni chłopcy z ONR chcący wymordować 95% Polaków, bo to „zdrajcy” i „lewacy”… Polska. Połowa za, połowa przeciw. Czyli jak zwykle od tysiąca lat. „Dawno temu na dzikim wschodzie”. A tutaj? Nuda i sjesta… Melancholia. Zniknęły nawet austriackie seniorki. I ich negliże… Ooo! To akurat pozytyw.
Jakoś tak się dzieje w mej biednej głowie, że gdzie nie pojadę wszędzie widzę ślady Polski i Polaków.
W Padwie, Bolonii, Ferrarze i Rzymie studiowali, a później sami wykładali tacy słynni rodacy jak Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski, Jan III Sobieski, Jan Zamoyski, Żółkiewski... Co robią studenci podczas studiów – sami wiecie. Nic tak nie wzmaga pragnienia, jak proces przyswajania wiedzy. Znając naszą słowiańską naturę jestem pewien, że nieźle się tu zabawiali, łobuzy. Ale podsumowując: kompleksów nie ma. Zamoyski zresztą sam był rektorem w Padwie.
280 kaemów na zachód od miejsca, w którym piję wino, przeszło dwa wieku temu, w mieście Reggio Emilia, gdzie stacjonowali tęskniący za wolną Ojczyzną polscy legioniści od Zajączka i Dąbrowskiego, Józef Wybicki napisał dla nich piękną pieśń, którą przez kolejne stulecia miało na ustach wielu zacnych ludzi ginących w wielu wojnach, na wielu frontach. Tym chłopakom grało w środku to samo, co każdemu Polakowi. Gryka jak śnieg biała. No i oczywiście dzięcielina pała. (czymże ona tak pała?)
Trochę później i trochę dalej na południe, chłopaki od Andersa ginęli na zboczu Monte Cassino szturmując słynny klasztor. Ginąc słyszeli hejnał mariacki grany na trąbce przez jednego z nich… Mieli za sobą łagry, szlak z Syberii przez Iran i Afrykę… I to właśnie oni zdobyli ten cholerny klasztor. A próbowali wcześniej Nowozelandczycy, Hindusi, Brytole, Minieciarze, Makaroniarze… Nawet Hamburgery.
W samym Rzymie na watykańskim wzgórzu urzędował na najwyższym katolickim stołku nasz krakowski biskup Wojtyła. I Jego krew też wsiąkła we włoską ziemię w 1981 roku.
Nawet gdy myślę o Weronie, o „Romeo i Julii” Szekspira – przypomina mi się jak wielki i wybitny geograficzny zasób wiedzy posiadał ów genialny twórca nad którym dziś masturbują się nawet Eskimosi i Aborygeni, gdy napisał o Polsce: kraju na wiecznym lodzie, graniczącym z Danią…
Dziś już ich wszystkich nie ma. Już przeszli…
Taka mnie naszła melancholia, że zakupioną w Caorle’ńskim hipermarkecie Familia (którego szefem jest don Corleone) puszkę tuńczyka wrzuciłem w przeźroczyste fale Adriatyku. Płyń rybko na zdrowie. Choćby do Afryki.
PS
Luidżi przysłał mi tajemniczą kartkę, na której napisał: „Drogi Dżakoppo. Don Corleone chce się spotkać w cztery oczy. Jutro. W samo południe. Czyli o 17-tej. Podczas sjesty”. No wreszcie! Coś się zaczyna dziać do cholery!
CDN

wtorek, 27 września 2016

Misja Europa. Odcinek Czwarty

Moi drodzy
Luidżi sprawia mi co dzień miłe niespodzianki. Dziś zaskoczyłem go, gdy podkładał niewielki pakunek pod moim autem. Zapewne jakiś miły prezent. Gdy już go ocuciłem, nerwowo wyrzucił tą paczuszkę na niedalekie pole golfowe. Co ciekawe później w tym miejscu pojawił się duży lej…Jak mi wyjaśnił, nieco się jąkając, paczuszka była prezentem od samego don Corleone… Miły gest.
Porady praktyczne: co zabrać ze sobą na zagraniczną podróż.
O zaostrzonych kołkach i worku czosnku nie muszę Wam pisać – to oczywiste. Jeżeli chodzi o prowiant, należy wziąć ze sobą kabanosy. Suche i długotrwałe. Można na nich przeżyć długie tygodnie, nie wydając dewiz. Jak napisał Mrożek, każdego profesjonalnego turystę z Polski, można za granicą rozpoznać po tym, że z walizki wystaje mu laska kabanosa. Nieodzowne są również czechowickie zapałki i scyzoryk z Gór Świętokrzyskich. Z leków nie można zapomnieć kropli do nosa. Należy zaopatrzyć się w najbardziej aktualne mapy (ja wziąłem mapę Środkowej Europy z kampanii Sobieskiego oraz mapy północnych Włoch Żółkiewskiego i Zamoyskiego – a na dalszą podróż, w którą ruszę już za kilka dni: taktyczne mapy Niemiec (i również Włoch) generała Dąbrowskiego i księcia Józefa Poniatowskiego, mapy ISIS dotyczące działań w Kolonii, a także sztabowe mapy generałów Berlinga i Świerczewskiego oraz mapę Belgii i Holandii generała Maczka, a na koniec ściśle tajny plan Czerczila dotyczący lądowania aliantów w Normandii i wreszcie partyzanckie mapy Szuanów z Bretanii).
 Za granicą tubylcy nie znają polskiego. Długo wypytywałem Luidżiego cytując mu Kochanowskiego, Reja, Mickiewicza i Słowackiego – niestety nie potrafił nawet powtórzyć „Litwo ojczyzno moja…”. Czego oni ich uczą w szkole? Co więcej, nie potrafił też zrozumieć jak polska epopeja może zaczynać się od nazwy innego kraju określanego jako ojczyzna… Dlatego też Polak za granicą powinien mówić po polsku bardzo wolno i wyraźnie – wtedy na pewno zostanie zrozumiany: „SŁU-CHAJ U-WA-ŻNIE JE-SZCZE RAZ TY DU-RNY KEL-NE-RZYNO: SZKLA-NKI ZOSTA-WI-MY NA O-BIE-KCIE” (Cytat za Tomek. W.) Na szczęście nieco włoskiego nauczyła mnie moja wspaniała szwagierka Dolores, która posługuje się językiem Petrarki niczym rodowita mokra Włoszka :-)
Odzież: Gorąca dyskusja ekspertów o rodzaju skarpet, jaki należy dobierać do sandałów, w której uczestniczyli tacy celebryci jak Jolanta Kwaśniewska, Jacykow, Renata Begger i poseł Krycha Pawłowicz, przy gościnnym udziale Przewodniczącego ONZ pana Kofana Anana, nie doprowadziła do wypracowania jednoznacznej odpowiedzi na to zagadnienie. Są różne szkoły: białe z napisem „Sport”. Frotte. Z napisem „Nike”. Czarne – bo praktyczne i ładnie później stoją w łazience. Jednak najważniejsze pytanie, moi drodzy, nie dotyczy koloru i kroju. Brzmi: dwu - czy trzy - dniowe?... Luidżi, prezentujący tzw szkołę włoską, powiedział mi, że dobór skarpet jest właściwie obojętny – najważniejszy jest żel na włosach i koszula bez trzech górnych guzików.
Region północnych Włoch, który intensywnie eksploruję, nazywa się Wenecja Euganejska. Dawna starożytna Galia Przedalpejska, a później Republika Wenecka. Właśnie w tym regionie, w Padwie studiowali najwięksi wodzowie Rzeczypospolitej, tutaj właśnie w Weronie niejaki Montecci kopulował z Kopuletti. Przez ten region przetoczyły się swego czasu hordy Hunów przerażającego Attyli. Dziś jego potomkiem jest Wiktor Orban siedzący na węgierskiej puszcie. Stolicą tegoż regionu jest oczywiście Wenecja. Starożytne słynne miasto leżące na wodzie niczym Wrocław AD 1997… Miasto karnawału i miłości. Wraz z Luidżi’m odbyliśmy do owego miasta wycieczkę. Architektura Wenecji jest wzorowana na Nowej Hucie. Na przykład Pałac Dożów na Placu św. Marka, zbudowano na podobieństwo budynków stojących przy Kombinacie Lenina. Na tym słynnym Placu dzikie stada gołębi robią na Bazylikę św. Marka to samo, co ich bratnie stada na rynku krakowskim na Kościół Mariacki. Nazewnictwo jest tutaj dość monotonne – Plac św. Marka, Bazylika św. Marka, Dzwonnica św. Marka, statua św. Marka… Po licznych kanałach kursują gondole, którymi pływają niemieccy i anglosascy turyści rozpływający się w romantycznym smrodzie. Pokutuje wciąż miłosny zabobon, że gdy płynąc Grande Canale, przepłyniesz pod najsłynniejszym weneckim mostem Rialto – wówczas nigdy nie dostaniesz kataru, a podczas randek nigdy już nie będziesz cierpiał na wzdęcia.
Zafascynowany Wenecją Luidżi poddał się bezgranicznie romantyzmowi miejsca i kupił mi wisiorek ze słynnego szkła weneckiego, zaś gdy pokonywaliśmy gondolą słynne odwrócone „S” Wielkiego Kanału, Luidżi w cieniu jednego z mostów, rozochocony chciał poczochrać mnie po brodzie. Dałem mu delikatnie do zrozumienia, że jego awanse mnie nie interesują i klepnąłem go z lekka w czoło… Luidżi zemdlał…
CDN

Misja Europa. Odcinek Trzeci

Luidżi dziś nie miał dla mnie czasu. Musiał załatwić coś u sędziego, albo załatwić sędziego – nie do końca zrozumiałem. W każdym razie wykonywał zlecenie don Corleone. Dlatego dziś trochę informacji praktycznych o Rzymianach w pigułce na podstawie zeznań Luidżi’ego.

Dojazd: tankujemy do pełna na ostatniej stacji na A1 przed czeską granicą (BP) i lecimy na Brno, Wiedeń i Gratz. W okolicy Klagenfurtu zaczyna migać kontrolka paliwa. Benzyna w Austrii droga jak diabli przy autostradzie, więc zjeżdżamy zjazdem Klagenfurt Ost i obok Ikei tankujemy za mniejszą kasę. Ale i tak boli. Teraz walimy na południe i do Wenecji czy Triestu dojedziemy na połowie baku.
Jedynie Polacy nazywają ten kraj Włochy. Wszyscy inni są mniej oryginalni i mówią: Italia. Żyje tu 30 milionów Włochów i 28 milionów Włoszek. Nie licząc uchodźców. Prezydentem jest Serdżio Mattarella a premierem Mateusz Renzi. Berluskoni zaś uprawia już spokojnie swoje bunga bunga poza strukturami władzy. Na Sycylii rządzi don Corleone.
Włosi są w NATO. Czyli sojusznicy. Ale jakoś tak zawsze jest, że stawiają na niewłaściwego konia i dopiero po jakimś czasie się opamiętują. W czasie wojny popierali Hitlera, teraz popierają Putina. Generalnie z sojuszami nie są zbyt rozgarnięci.
Geografia krótko: but + Sycylia, którą but kopie w dupala. Jest jeszcze Sardynia. Jakoś tak na uboczu.
Klimat: 26 stopni pod koniec września. Słońce. Błękitne niebo. Palmy. Pomarańcze, arbuzy, winogrona. Ciepłe morze. Kraj jest numerem jeden na świecie w produkcji wina. Więcej nie napiszę, bo jak każdego człowieka z dalekiej północy, zaczyna trafiać mnie szlag…
Kultura:
Jeśli chodzi o muzykę to dłuższy czas stawiali na kastratów, ale w końcu się opamiętali. Vivaldi wymiata. Mistrzem nad mistrzami jest Enio Morricone. Razem z filmowcem Sergio Leone tworzyli wspólnie najlepszy duet filmowo-muzyczny na świecie. U nas ich odpowiednikami byli Polański i Komeda.
Literatura: Petrarka, świntuch Bokaczio, Dante, który gdy był o siedem lat młodszy ode mnie napisał, że jest już na półmetku życia, Umberto Eco – polecam najświeższą książkę „Temat na pierwszą stronę”.
Historia w skrócie:
Cesarstwo Rzymskie. Imperium. Pax Romana. Wyrżnięte całe narody, kolejne narody zamienione w niewolników w imię pokoju, akweduktów i dróg. Igrzyska, rzezie niewolników na arenach, walki gladiatorów. Niewolnictwo. Hannibal i Scypion. Chrześcijanie i lwy. Neron, Kaligula i Mussolini. Juliusz Cezar i Kleopatra. Berlusconi i bunga bunga.
Słynna papieska pornokracja, o której na katechezach raczej się nie dowiecie – ciekawostką jest, że to właśnie w czasach tych zwyrodniałych papieży nasz Mieszko chrzcił Polskę.
Gdy Włosi wybili się na niepodległość i zjednoczyli kraj pod przywództwem Garibaldiego i Cavoura, nasi na wieść o tym zwycięstwie ruszyli do Powstania w Styczniu 1863... Wówczas jeden z bohaterskich Włochów ruszył do nas, aby walczyć za wolność naszą i waszą. I zginął. Luidżi jak większość Włochów nie ma zielonego pojęcia, kim był jego krajan Francesco Nullo, którego imieniem ochrzczono w naszej Ojczyźnie tyle ulic, że chyba tylko Piłsudski i Kościuszko mogą iść z nim w zawody.
Gdy opowiedziałem historię Nullo Luidżi’emu, Luidżi… zemdlał.
CDN

niedziela, 25 września 2016

Misja Europa. Odcinek Drugi

Kochani
Widok z mojej kwatery to jednak nie morze, a basen. Adriatyk jest znacznie większy niż myślałem… Plaża dość zadbana, choć piasek w brudnym rdzawym kolorze, nie to, co nasz Bałtyk. Woda przejrzysta niczym Morskie Oko. Słona. I czysta. Czyli również nie to, co nasz Bałtyk... Adriatyk leży na wysokości 100 m n.p.m, ponieważ nieopodal są góry.
We Włoszech najwięcej jest Włochów. Ale też dużo tu turystów z Austrii i Niemiec. Jako żołnierz, doświadczony w walkach z nimi chciałem od razu się okopać, ale tutaj niespodzianka… Nad Adriatykiem na plaży panuje coś w rodzaju rozejmu. Nikt się nie okopuje. Nie widać w ogóle parawanów. Musiałem się przystosować, wykopałem więc jedynie prowizoryczną fosę. Na dnie oczywiście ustawiłem naostrzone pale.
Kolejna różnica: zamiast męskich dekoltów hydraulika widać damskie negliże… Ale nie podniecajcie się moi drodzy. Mowa o Austriackich seniorkach. Kontrkultura roku 68’ była seksi w sześćdziesiątym ósmym. Przypominam, że mamy 2016. Policzcie i starajcie się nie rysować sobie w wyobraźni tego obrazu. W każdym razie potwierdza się to, co mówił minister Macierewicz. Zachód jest zgniły… Skoro już jesteśmy przy tym temacie: Kącik Dendrofila. Moi kochani Klubowicze z Klubu Dżepetto. Możecie mi zazdrościć. Otóż dziś przytulałem się do kosmatej palmy. Palmy!!! Są też pinole. I parę innych, ale nie proście mnie abym Wam powtórzył ich barbarzyńskie nazwy.
Ja i Luidżi powoli stajemy się przyjaciółmi. Przyłapałem go w środku nocy pod moją kwaterą – podkładał mi pod drzwi owiniętą w papier głowę ryby. Podobno to coś znaczy dla Włochów. Zwłaszcza tych z Sycylii. Coś ważnego. Gdy dla żartu wyskoczyłem na niego wrzeszcząc jedyne słowa, które umiem po włosku: „Lunedi, Venti Trenta, Rai Uno!” – Luidżi zemdlał. Włosi są wrażliwi. Dlatego to właśnie oni wynaleźli Renesans. I akwedukty. I rozszarpywanie chrześcijan przez lwy.
Podobno Włosi to brudasy. Takie panuje przekonanie. To nieprawda. Ulice są czyste i zadbane, trawniki przycięte elegancko, architektura pełna smaku. Nasz obiekt również jest czysty. Jak wyjaśnił mi Luidżi, gdy już go ocuciłem, czystość wynika z tego, że cały kompleks kwater to jest jakaś pralnia. Pieniędzy czy czegoś. Nie zrozumiałem. Mój włoski jest więcej niż słaby. Don Corleone w każdym razie dba o czystość. I to mi wystarczy.
Luidżi nauczył mnie kilku słów. Bondżiorno. Buona Sera. Ariwederczi. I oczywiście: Laszate mi kantare. Używając ich naprzemiennie, mieszając i dodając sycylijski akcent udało mi się zamówić w restauracji spagety. Spagety to są makarony. Złośliwy kelner wsypał mi do nich muszle wypełnione jakimś badziewiem. Musiałem udawać że znam się na śródziemnomorskiej kuchni i zeżarłem to całe ustrojstwo. Muszle strasznie chrzęściły w zębach, ale dałem radę. Tak się kończy bracie, gdy zdradzasz naszą Polską wspaniałą kuchnię. Gdzie jest słonina ja się pytam?
Gdy zapytałem Luidżi’ego co oni widzą w tym zażeraniu się muszlami… Luidżi zemdlał.