Dżiowedi, Venti Trenta, Rai Uno
Kącik kulinarno-militarny. Picca. Jak wiadomo, do Polski przywiozła ją królowa Bona i przez długi czas Polacy myśleli, że jest to jeden z elementów tzw. „włoszczyzny”. Dopiero król Sobieski wyjaśnił rodakom: „Picca jaka jest – każdy widzi”. Na Litwie nieporozumienie to trwało znacznie dłużej – jeszcze Mickiewicz w XIX wieku myślał, że piccą jest świerzop…
A skąd wzięła się we Włoszech? Jak twierdzi rzymski profesor Teodore Bondżiorno-Błonasera, tą zacną potrawę odkryli Kartagińczycy podczas wojen punickich. Owoż, gdy Hannibal na czele armii pokonywał Alpy, aby pokonać wojowniczych Rzymian, jego brat Hazdrubal położył sobie bułkę z oliwkami, serem i pomidorem na płaskim kamieniu. Jeden z ostatnich słoni, które prowadziła ze sobą kartagińska armia i który przeżył drogę przez Alpy, przez nieuwagę nadepnął na ową bułkę. Początkowo z ust Hazdrubala wydobył się potok bluzgów… Po chwili, gdy kartagiński wódz przyjrzał się uważnie jak wygląda bułka po prasowaniu, wyrzekł z wolna w natchnionym zdumieniu: „picca”… Po kartagińsku oznacza to w wolnym tłumaczeniu: „a niech mnie…”. I tak właśnie powstała pizza. Było to w 218 roku. Bifor Krajst.
Zafascynowany odkryciem brata Hannibal zastosował słynny szyk piccowy podczas bitwy pod Kannami, gdzie rozgromił rzymskie legiony. Dopiero, gdy rzymski kontrwywiad zdobył ściśle strzeżoną tajemnicę wyrobu piccy, losy wojny odmieniły się. Scypion zreformował armię tworząc tzw. rzymskiego żółwia – legioniści idąc w zwartym szyku trzymali nad głowami picce. Dzięki temu wygrali wojnę, a Kartagina zniknęła z powierzchni ziemi.
Odtąd picca stała się stałym elementem w ważnych momentach historii. Juliusz Cezar swą słynną „Wojnę Galijską” zaczął od zdania: „Picca iacta est”, zaś przekraczając Rubikon rzekł: „Picce zostały zjedzone”. Hugenota Henryk z Nawarry, gdy miał zostać królem Francji powiedział słynne słowa: „Paryż wart jest piccy”. Łinston Czerczil powiedział zaś na zebraniu Klubu Puszystych Weteranów: „Nigdy dotąd tak niewielu nie zjadło tak wiele piccy”.
Również giganci światowej literatury umiłowali kartagińską potrawę. Lew Tołstoj napisał „Picca i Pokój”, Dostojewski „Zbrodnia i picca”, Flaubert „Panią Piccary”, Dante Alighieri „Boską piccę”, zaś Umberto Eco „Imię piccy”. W literaturze sensacyjnej najbardziej znane są powieści Ludluma „Tożsamość piccy” i Forsytha „Dzień piccy”.
W Polsce piccę opisywał w swych pamiętnikach Pasek, Kochanowski urządził pierwszą polską piccerię w Czarnolesie, i nie trzeba wiele wyobraźni, aby zgadnąć co było głównym daniem na obiadach czwartkowych u króla Stasia. Mały Jaś Kopenik został zapamiętany jako dziwne, zamyślone dziecko, które wciąż obraca wkoło leżącą przed nim piccę, wpatrując się w nią uparcie… W muzeum Czartoryskich w Krakowie można do dziś oglądać lekkie krągłe zagłębienia na obrazie Leonarda „Dama z łasiczką” – jednoznacznie wskazujące co mistrz zamierzał umieścić początkowo przy biuście damy, zanim nie przyszedł mu do głowy ten dziwaczny szczur.
Najgroźniejszą odmianą piccy jest picca prościutto – gdy ją zjesz, biegniesz prościutto do WC. Temat piccy tym samym uważam za wyczerpany. Teraz do rzeczy.
Muszę się przyznać, że czułem lekkie zaniepokojenie przed spotkaniem z don Corleone. Spotkanie wyznaczyliśmy przy plaży w miejscu gdzie rzeka Fiume dzieląca Caorle na dwie połowy wlewa swe wody do Adriatyku. Ubrałem skarpety i sandały, do kieszeni dżinsów włożyłem dwie główki czosnku, a w nogawce spodni ukryłem zastrugany kołek. Byłem gotowy.
O godzinie siedemnastej, gdy włoskie miasta wymierają podczas sjesty, dotarłem na miejsce. Rozejrzałem się po okolicy. Plaża była całkowicie pusta. Na wschodzie widać było budynki i hotele starego Caorle, ponad które wyrastała tysiącletnia katedra świętego Stefana z wysoką wieżą, a jeszcze dalej, na horyzoncie majaczył Kościół Najświętszej Maryji Panny Anioła z XIV wieku. Wieża stojąca obok tego kościółka na końcu długiej promenady była wielokrotnie niszczona przez jesienne sztormy występujące na Adriatyku.
Don Corleone nie przybył sam. Miał ze sobą swego nieodłącznego stróża – Luidżi’ego. Luidżi stanął w pewnym oddaleniu, zaś don Corleone podszedł do mnie niespiesznie, patrząc od niechcenia na morze.
- Przejdźmy się – powiedział.
Ruszyliśmy z wolna po plaży. Czułem jak piasek dostaje się między skarpetki i sandały…
- Kim ty jesteś, Polakko? – zapytał wreszcie Corleone i nie czekając na odpowiedź ciągnął – Udaremniłeś kilka zamachów na swoje życie, załatwiając mojego najlepszego człowieka. Tylko najbardziej profesjonalny zawodowiec dałby radę mojemu Luidżi’emu. Kim ty u diabła jesteś?
- Jestem Agentem Rzeczypospolitej – powiedziałem wolno. Teraz ukrywanie się nie miało już sensu. Postanowiłem grać w otwarte karty.
- Hmmm. Teraz już wszystko jasne – powiedział don Corleone. Milczał przez chwilę, w końcu spojrzał na mnie i rzekł – Nie będę pytał jaką masz misję, bo wiem, że mi nie powiesz. Zapytam jedynie, czy Twoja misja dotyczy mojej rodzinnej firmy?
- Nie…
Don Corleone odetchnął z ulgą i dał jakiś przeczący znak Luidżi’emu, który od dłuższej chwili nieudolnie ukryty za palmą usiłował bez powodzenia złożyć karabin snajperski. Wróciliśmy do Luidżi’ego, który w międzyczasie schował karabin w krzakach. Corleone spojrzał na mnie i zapytał:
- Jaki masz status?
- Rudy. Rudy 102…
Corleone zbladł.
- Znam tylko status 101, czyli licencję na zabijanie. Co oznacza status Rudy 102? Na co masz licencję?
Chwilę milczałem patrząc mu w oczy. Wreszcie wycedziłem wolno:
- Na skarpety… Skarpety i sandały…
Luidżi wyszeptał: „Porka mizeria”… I zemdlał.
CDN
Kącik kulinarno-militarny. Picca. Jak wiadomo, do Polski przywiozła ją królowa Bona i przez długi czas Polacy myśleli, że jest to jeden z elementów tzw. „włoszczyzny”. Dopiero król Sobieski wyjaśnił rodakom: „Picca jaka jest – każdy widzi”. Na Litwie nieporozumienie to trwało znacznie dłużej – jeszcze Mickiewicz w XIX wieku myślał, że piccą jest świerzop…
A skąd wzięła się we Włoszech? Jak twierdzi rzymski profesor Teodore Bondżiorno-Błonasera, tą zacną potrawę odkryli Kartagińczycy podczas wojen punickich. Owoż, gdy Hannibal na czele armii pokonywał Alpy, aby pokonać wojowniczych Rzymian, jego brat Hazdrubal położył sobie bułkę z oliwkami, serem i pomidorem na płaskim kamieniu. Jeden z ostatnich słoni, które prowadziła ze sobą kartagińska armia i który przeżył drogę przez Alpy, przez nieuwagę nadepnął na ową bułkę. Początkowo z ust Hazdrubala wydobył się potok bluzgów… Po chwili, gdy kartagiński wódz przyjrzał się uważnie jak wygląda bułka po prasowaniu, wyrzekł z wolna w natchnionym zdumieniu: „picca”… Po kartagińsku oznacza to w wolnym tłumaczeniu: „a niech mnie…”. I tak właśnie powstała pizza. Było to w 218 roku. Bifor Krajst.
Zafascynowany odkryciem brata Hannibal zastosował słynny szyk piccowy podczas bitwy pod Kannami, gdzie rozgromił rzymskie legiony. Dopiero, gdy rzymski kontrwywiad zdobył ściśle strzeżoną tajemnicę wyrobu piccy, losy wojny odmieniły się. Scypion zreformował armię tworząc tzw. rzymskiego żółwia – legioniści idąc w zwartym szyku trzymali nad głowami picce. Dzięki temu wygrali wojnę, a Kartagina zniknęła z powierzchni ziemi.
Odtąd picca stała się stałym elementem w ważnych momentach historii. Juliusz Cezar swą słynną „Wojnę Galijską” zaczął od zdania: „Picca iacta est”, zaś przekraczając Rubikon rzekł: „Picce zostały zjedzone”. Hugenota Henryk z Nawarry, gdy miał zostać królem Francji powiedział słynne słowa: „Paryż wart jest piccy”. Łinston Czerczil powiedział zaś na zebraniu Klubu Puszystych Weteranów: „Nigdy dotąd tak niewielu nie zjadło tak wiele piccy”.
Również giganci światowej literatury umiłowali kartagińską potrawę. Lew Tołstoj napisał „Picca i Pokój”, Dostojewski „Zbrodnia i picca”, Flaubert „Panią Piccary”, Dante Alighieri „Boską piccę”, zaś Umberto Eco „Imię piccy”. W literaturze sensacyjnej najbardziej znane są powieści Ludluma „Tożsamość piccy” i Forsytha „Dzień piccy”.
W Polsce piccę opisywał w swych pamiętnikach Pasek, Kochanowski urządził pierwszą polską piccerię w Czarnolesie, i nie trzeba wiele wyobraźni, aby zgadnąć co było głównym daniem na obiadach czwartkowych u króla Stasia. Mały Jaś Kopenik został zapamiętany jako dziwne, zamyślone dziecko, które wciąż obraca wkoło leżącą przed nim piccę, wpatrując się w nią uparcie… W muzeum Czartoryskich w Krakowie można do dziś oglądać lekkie krągłe zagłębienia na obrazie Leonarda „Dama z łasiczką” – jednoznacznie wskazujące co mistrz zamierzał umieścić początkowo przy biuście damy, zanim nie przyszedł mu do głowy ten dziwaczny szczur.
Najgroźniejszą odmianą piccy jest picca prościutto – gdy ją zjesz, biegniesz prościutto do WC. Temat piccy tym samym uważam za wyczerpany. Teraz do rzeczy.
Muszę się przyznać, że czułem lekkie zaniepokojenie przed spotkaniem z don Corleone. Spotkanie wyznaczyliśmy przy plaży w miejscu gdzie rzeka Fiume dzieląca Caorle na dwie połowy wlewa swe wody do Adriatyku. Ubrałem skarpety i sandały, do kieszeni dżinsów włożyłem dwie główki czosnku, a w nogawce spodni ukryłem zastrugany kołek. Byłem gotowy.
O godzinie siedemnastej, gdy włoskie miasta wymierają podczas sjesty, dotarłem na miejsce. Rozejrzałem się po okolicy. Plaża była całkowicie pusta. Na wschodzie widać było budynki i hotele starego Caorle, ponad które wyrastała tysiącletnia katedra świętego Stefana z wysoką wieżą, a jeszcze dalej, na horyzoncie majaczył Kościół Najświętszej Maryji Panny Anioła z XIV wieku. Wieża stojąca obok tego kościółka na końcu długiej promenady była wielokrotnie niszczona przez jesienne sztormy występujące na Adriatyku.
Don Corleone nie przybył sam. Miał ze sobą swego nieodłącznego stróża – Luidżi’ego. Luidżi stanął w pewnym oddaleniu, zaś don Corleone podszedł do mnie niespiesznie, patrząc od niechcenia na morze.
- Przejdźmy się – powiedział.
Ruszyliśmy z wolna po plaży. Czułem jak piasek dostaje się między skarpetki i sandały…
- Kim ty jesteś, Polakko? – zapytał wreszcie Corleone i nie czekając na odpowiedź ciągnął – Udaremniłeś kilka zamachów na swoje życie, załatwiając mojego najlepszego człowieka. Tylko najbardziej profesjonalny zawodowiec dałby radę mojemu Luidżi’emu. Kim ty u diabła jesteś?
- Jestem Agentem Rzeczypospolitej – powiedziałem wolno. Teraz ukrywanie się nie miało już sensu. Postanowiłem grać w otwarte karty.
- Hmmm. Teraz już wszystko jasne – powiedział don Corleone. Milczał przez chwilę, w końcu spojrzał na mnie i rzekł – Nie będę pytał jaką masz misję, bo wiem, że mi nie powiesz. Zapytam jedynie, czy Twoja misja dotyczy mojej rodzinnej firmy?
- Nie…
Don Corleone odetchnął z ulgą i dał jakiś przeczący znak Luidżi’emu, który od dłuższej chwili nieudolnie ukryty za palmą usiłował bez powodzenia złożyć karabin snajperski. Wróciliśmy do Luidżi’ego, który w międzyczasie schował karabin w krzakach. Corleone spojrzał na mnie i zapytał:
- Jaki masz status?
- Rudy. Rudy 102…
Corleone zbladł.
- Znam tylko status 101, czyli licencję na zabijanie. Co oznacza status Rudy 102? Na co masz licencję?
Chwilę milczałem patrząc mu w oczy. Wreszcie wycedziłem wolno:
- Na skarpety… Skarpety i sandały…
Luidżi wyszeptał: „Porka mizeria”… I zemdlał.
CDN
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz