poniedziałek, 31 października 2016

Misja Europa. Odcinek dziewiąty.

Kochani.
Odkryłem rzecz bardzo ciekawą. Otóż Francuzi nie wymawiają litery „H”. Hawr to dla nich „aw”, du Hoc to dla nich „du ok”, a Hugenoci to „Iżeno”. Skąd się to bierze? Otóż chodzi o ser. Jedząc od niemowlęcia stare, śmierdzące i zapleśniałe sery Francuz zniekształca sobie podniebienie, co uniemożliwia mu wypowiadanie po ludzku litery „R”, zaś wymówienie literki „H” w ogóle staje się dla niego nieosiągalne. Przez wrodzoną delikatność i dyplomatyczny takt nie wspomnę o zapachu, który roztacza się beztrosko po okolicy, gdy Francuz otwiera lodówkę, zwykle pełną serów… Smród ów ma tak potężną moc, że niemal materializuje się w cielesną postać. Wcielenie to, przypomina wówczas nieco ministra Błaszczaka…
Jest to wspólna cecha każdego Francuza niezależnie od regionu. Zatem tak samo jest w Normandii. Ale jest to jedna z nielicznych cech, które łączą Normanów z Frankami. Mieszkańcy Normandii z dumą podkreślają swoje pochodzenie i wyróżniające je atrybuty. Przede wszystkim szczycą się pochodzeniem od Wikingów: klub hokejowy z Ką nosi dumną nazwę Drakkars de Caen, w miasteczkach widać dużo nazw i reklam nawiązujących do normańskiej przeszłości. Przeciętny Norman wygląda normalnie – tylko maleńkimi akcentami przypomina o swym pochodzeniu - nosi długą brodę i włosy, zaś w ręku dzierży solidny topór.
Kolejną cechą wyróżniającą Normandię są słynne Bukaże, czyli żywopłoty, które zmyślni Normanowie potrafią wyhodować chyba ze wszystkiego. Tym, co je wyróżnia jest jednak ich wysokość. Niektóre osiągają ponad dwa metry. Cała Normandia jest nimi pocięta wzdłuż i wszerz. Przeciętny mieszkaniec nie zwraca na nie uwagi, ale obcokrajowca od razu wali to po oczach. Niejeden raz stawałem w ich cieniu… pogwizdując i patrząc w niebo… Po czym zapinałem spodnie i jechaliśmy dalej.
We Francji bywam regularnie. Co 17 lat. Ostatni raz byłem tutaj stopem w 1999 roku – zjechałem wówczas w rockandrollowej włóczędze całą południową część kraju Franków, od Paryża poprzez La Rochelle aż po Lazurowe Wybrzeże. Teraz był raz drugi. Tym razem przyszedł czas na zbadanie północy.
Lądowanie w Normandii to była ciężka sprawa.
Plaża Juno
My wylądowaliśmy na plaży Juno, gdzie w czasie wojny desantowano 15 tysięcy kanadyjskich żołnierzy z 3 Dywizji Pancernej. Wietrzne i malutkie miasteczko Saint Aubin Sur Mer, przytulone do morza, z wąskimi uliczkami i domkami o charakterystycznych białych normańskich kamiennych ścianach, nad którym unosi się ostry zapach alg zalegających plaże, mały deptak nad morzem i kilka knajpek, gdzie serwuje się ulubiony przysmak zarówno turystów jak i mieszkańców – małże w winnym lub czosnkowym sosie, z belgijskimi frytkami w majonezie, oraz najwspanialsze na świecie, normańskie cydry. I oczywiście słynny jabłkowy bimberek Calvados. Wśród turystów przeważają Brytole, Kanadyjczycy i Niemcy. Hamburgery się tu raczej nie zapuszczają – ich interesują bardziej oddalone na zachód plaże, na których lądowały wojska USA, czyli Utah i słynna Omaha.
My zamieszkaliśmy w uroczym domku oddalonym kilkanaście metrów od morza, z pięknym
Plaża Omaha
widokiem na plażę i morze. Korzystaliśmy z gościny naszych wspaniałych przyjaciół: Iwonki i Oliviera, którzy byli więcej niż bardzo gościnni. Wyśmienity normański cydr, wina, piwa i słynny Calvados lały się strumieniami wśród różnych gatunków sera i oliwek, którymi raczyli nas gościnni gospodarze. Zarówno Iwonka jak i Oli, który jest wykładowcą na uniwersytecie w niedalekim Caen, pomagali nam ustalać trasy wycieczek, wskazywali najbardziej interesujące punkty i nieraz dyskutowaliśmy do późnej nocy na przeróżne tematy, śmiejąc się i pijąc. Mam nadzieję, że nie naprzykrzaliśmy im się zbytnio – całe dnie spędzaliśmy na normańskich i bretońskich drogach i nieraz wracaliśmy późnym wieczorem. W każdym razie nie dali nam tego odczuć w najmniejszym stopniu. Czuliśmy się zaopiekowani i wspaniale ugoszczeni. Pierwszego wieczora poszliśmy na lekką kolacyjkę w knajpce nad morzem, z kilkoma lampkami wina i obchodziliśmy urodziny Oli’ego, a później doprawiliśmy się w domu cydrem. Rankiem mieliśmy rozpocząć objazd Normandii.
Przygotowałem ciepłe skarpety - był już wszak październik. Sandały wystawiłem na ganek. Pod łóżkiem ukryłem kołek i kilka główek czosnku - wiecie, na wszelki wypadek. Byłem podekscytowany...
Jedynym co psuło mi nastrój był brak Luidżi'ego...
CDN

Misja Europa. Odcinek dziesiąty.

Nie znając francuskiego ani w ząb, sandałowy włóczęga musi sobie jednak jakoś radzić. Mapy Montgomery’ego i Patrona niewiele wyjaśniały poza usytuowaniem niemieckich dywizjonów. Musiałem zatem zdać się na pomoc tubylców. Następujący miks: "Ekskiuzimła madmuazel" + nazwa miejscowości + zachęcająco kretyński wyraz twarzy – oto sekret sukcesu. Zwykle następował po tym potok francuzczyzny, której nadal nie rozumiałem ani w ząb, ale w jakiś magiczny sposób dopingowało mnie to, aby w końcu trafiać we właściwe miejsce.
Plaża Juno. Dom wyzwolony przez Kanadyjczyków.
Pierwszy dom wyzwolony podczas D-Day.
Niczym generał Rómmel podczas inspekcji Wału Atlantyckiego przede wszystkim zaplanowałem obejrzenie tej części wybrzeża normandzkiego, na którym lądowały wojska aliantów podczas D-Day. Przygotowałem się uprzednio – przeczytałem „Najdłuższy Dzień” Ryana i „D-Day” Beevora i skonfrontowałem tą wiedzę z „tubylcem” czyli Olivierem, który wskazał mi najważniejsze punkty.
Historia tej części wybrzeża jest bardzo ciekawa. Z tych samych plaż tysiąc lat temu wypływał Wilhelm Zdobywca, aby spuścić wp…ol Angolom. 400 lat później na tych samych plażach lądowały
Arromanches. Pozostałości tymczasowego portu z 1944 roku
zniszczonego przez sztorm
angielskie wojska Plantangenetów, aby spuścić wp…ol Francuzom. Przy tych samych plażach odbyła się w 1811 roku bitwa morska pod Arromanches między flotą Napoleona a flotą Angoli, w której Angole dostali wp…ol. I tak w koło Macieju.
Cmentarz Amerykański nad plażą Omaha.
W tle tysiące krzyży
W D-Day chodziło wyjątkowo o spuszczenie wp…olu Niemcom. Desant na północne plaże Normandii w 1944 roku, w ramach operacji Overlord wyglądał następująco: na zachodzie lądowali Hamburgery na dwóch plażach (Utah i Omaha), idąc na wschód na kolejnych trzech plażach (Gold, Juno i Sword) lądowali Brytole (Angole, Szkoci, Irlandczycy i Walijczycy) i Kanadyjczycy. Operację zaplanował Montgomery, ambitny kurduplowaty pierdoła z manią wielkości, o piskliwym głosiku kastrata. Największy wp…ol zebrali amerykańcy na plaży Omaha, natrafiając na potężne doborowe siły szkopów – można sobie to wyobrazić oglądając początkowe sceny „Szeregowca Ryan’a”, zaś Niemcy dostali najbardziej w dupala właśnie na „naszej” plaży Juno. Skubani Kanadyjczycy posunęli się najdalej w głąb lądu ze wszystkich jednostek walczących podczas D-Day. Oglądnęliśmy sobie pokryty malunkami czerwonych klonowych liści dom – pierwszy dom wyzwolony przez alianckie wojska podczas tej operacji. Wyzwolony właśnie przez Kanadyjczyków, później wykupiony przez kanadyjski rząd i dziś oficjalnie stanowiący własność Kanady.
Point du Hoc - system umocnień zdobyty przez
amerykańskich Rangersów podczas D-Day
Jak zwykle tam gdzie jest zadyma, są i Polacy. Co prawda nasze wojska nie uczestniczyły w desancie podczas D-Day, ale za to nad głowami walczących latało aż 11 polskich dywizjonów, zaś na morzu liczne okręty Polskiej Marynarki Wojennej transportowały żołnierzy, ostrzeliwały wybrzeże i broniły desantu (ORP Dragon, ORP Krakowiak, ORP Ślązak, ORP Błyskawica, ORP Piorun, MS Batory, MS Sobieski i 11 pomniejszych jednostek). Dopiero w późniejszej fazie walk do akcji weszła 1 Dywizja Pancerna generała Maczka, zaś spadochroniarzy Sosabowskiego zrzucono 3 miesiące później w Holandii, na zatracenie w kretyńskiej operacji Market Garden, właśnie na ten ostatni most w Arnhem („O jeden most za daleko”). A propos Market Garden - Angole jak to mają w zwyczaju, bezmyślnie zignorowali dokładne i profesjonalne dane wywiadowcze dostarczone przez holenderski ruch oporu, które krzyczały wręcz o tym, że w Arnhem są zgrupowane ogromne siły niemieckie i poklepywali się po plecach, uważając, że plan Montgomery’ego jest „wybitny” i „genialny”, a Niemców nie ma... I spadochroniarze wyskoczyli na zatracenie. Tą mentalność Angoli, która zmusza ich do stuprocentowego ignorowania niewygodnych faktów, doskonale znam z doświadczenia, pracując w anglosaskiej korporacji. W roli takiego właśnie spadochroniarza…
Plaża Utah. Najdalej wysunięta na zachód
plaża zdobyta przez wojska USA.
Wracając do Operacji Overlord. Do obejrzenia jest kilka kluczowych punktów. Oczywiście pięć plaż z pomnikami upamiętniającymi poległych żołnierzy (Utah, Omaha, Gold, Juno i Sword), następnie Arromanches – gdzie z wysokich klifów można oglądać resztki portu, który zbudowali Alianci po lądowaniu, a który został zniszczony parę dni później przez potężny sztorm, dalej Point Du Hoc – pionowy klif, na którego szczycie są pozostałości niemieckich bunkrów, zdobytych przez 250 osobowy oddział Rangersów, którzy odwalili najbardziej rockandrollowy atak podczas D-Day, wspinając się po linach na klif i następnie zdobywając szkopskie umocnienia – niemal połowa z nich zginęła podczas tego spektakularnego ataku.
Wzdłuż wybrzeża są liczne cmentarze wojenne, angielskie, kanadyjskie, amerykańskie i niemieckie (wśród tych ostatnich można często napotkać polskie nazwiska – Ślązaków wcielonych do Wermachtu) – ale najpiękniejszy z nich to cmentarz amerykański na porośniętych sosnami klifach nad plażą Omaha. Pierwsze sceny z „Szeregowca Ryan’a” nakręcono na tym właśnie cmentarzu. Spoczywa na nim 9387 amerykańskich żołnierzy poległych podczas desantu i w późniejszych walkach w Normandii. Jest wśród nich dwóch (z czterech) braci Niland, którzy zginęli w Normandii i których los posłużył Spielbergowi za fabułę filmu. Przepiękny widok na morze, tysiące krzyży i gwiazd Dawida, spokój i monumentalna cisza. Przypomina to mocno pomniki wojenne w Waszyngtonie przy Mauzoleum Lincolna. Na mnie największe wrażenie zrobił bezimienny grób. Spoczywał w nim poległy żołnierz amerykański. „Znany tylko Bogu”. Wszystko to skłania do refleksji i zadumy nad upośledzeniem ludzkiego gatunku.
Pomnik na Plaży Omaha. Najkrwawsza z plaż.
Wędrując pomiędzy tymi wszystkimi miejscami przejeżdża się przez pofałdowane łąki Normandii na których rosną drzewa jabłkowe i gruszkowe z których tubylcy wyrabiają cydr i Calvados, mija się miasteczka z wąskimi uliczkami zbudowane z charakterystycznego białego kamienia. Mija się winnice i wielkie żywopłoty, równiny i nadmorskie klify. Wystarczy by nasycić oczy co najmniej na rok.
Na koniec anegdotka opowiedziana mi przez Oliviera. Otóż na każdej z plaż na których lądowały alianckie wojska walczące z Niemcami łopoczą dumnie flagi antyniemieckich sojuszników: USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Kanady i Polski. Przyjaciel Oli'ego z Niemiec, który przechadzał się z nim kiedyś wzdłuż plaży Juno nie potrafił zrozumieć dlaczego wśród tych flag nie ma niemieckiej flagi...
Iga miała już serdecznie dość tej całej wojennej „martyrologii”, co wyraziła we właściwy sobie bezpośredni sposób, grożąc mi rozwodem, więc kolejne wycieczki zaplanowaliśmy już w inne, mniej militarne miejsca.
CDN

niedziela, 30 października 2016

Misja Europa. Odc. Pierwszy

Rodacy!
Stało się. Kolejny raz oderwano mnie od mojego pługa i maniakalnej uprawy rzepaku. Musiałem opuścić bezpieczny kraj ojczysty i wyruszyć poza granice… Otrzymałem kolejną misję od Rządu Najjaśniejszej. Cel – Europa Zachodnia. Misja: zbadać zgniły kapitalizm i komunizm, które jednocześnie zadomowiły się wśród krajów Zachodu, a także antypolski imperializm. Do tego sprawdzić kwestię uchodźców i czy aby na pewno Europa zachowuje swe tradycyjne wartości, czyli rasizm, ksenofobię i bezmyślny pozbawiony duchowości dewotyzm.
Misja trudna i śmiertelnie niebezpieczna. Czy worek czosnku i zastrugane kołki tym razem wystarczą? Nie wiadomo…
Na początek Włochy, wybrzeże Adriatyckie. Miejsce gdzie na studia jeździli Zamoyski i Żółkiewski. Aby dotrzeć do tego dalekiego i dzikiego kraju należy mieć słońce z lewej strony i twarz skierowaną na południe, następnie przebyć takie barbarzyńskie krainy jak kraj Husytów, a następnie ziemie należące do Cesarza Józefa, wreszcie pokonać alpejskie przełęcze i dotrzeć na wybrzeże Adrii.

Popas na trasie. Arnoldstein, Karyntia, Austria.
Jako profesjonalny włóczęga zaopatrzyłem się w mapy. W Polsce nie da się kupić mapy Czech, ponieważ Husyci maniakalnie bronią wiadomości o swym kraju. Zresztą i tak kosmicznych map nikt nie umiałby przeczytać. Ja użyłem starej mapy króla Sobieskiego, szlaku, którym prowadził wojska na odsiecz Wiednia, aby pokonać naszych naturalnych sprzymierzeńców przeciw Rosji i dopomóc naszym naturalnym wrogom, którzy trzy pokolenia później przyczynili się do zniknięcia Ojczyzny z mapy Europy.
Jak wiadomo Czesi pochodzą z kosmosu i aby przetrwać w ich kraju należy wykupić winietkę, inaczej umrzecie z powodu braku atmosfery. 75 złotych. Dwumiesięczna pensja… Mnie udało się przebyć Czechy niepostrzeżenie pośród ciemnej nocy, tuż pod nosem niczego nieprzeczuwających, złowrogich husyckich hejtmanów: Krteka, Rumcajsa oraz Pata i Mata. Leciałem na Ostrawę, Ołomuniec i wreszcie na Brno – czyli jak pisał Sobieski: Berną, gdzie nasz król zgrupował wojska przed ostatecznym skokiem na Wiedeń. Tuż pod Brnem są też słynne pola Slavkov, czyli Austerlitz, gdzie Napoleon spuścił srogi wp…ol Ruskim i Austriakom podczas Bitwy Trzech Cesarzy. Niestety nie miałem czasu na zwiedzanie – musiałem przemykać się chyłkiem dalej na południe ku granicy.
Włochy, Dolomity, Alpy. Niedaleko
stąd jest słynny szczyt Marmolada

Austro-Węgry to gorsza sprawa. Tu również obowiązuje winietka. 65zł. Dodatkowo gadają po niemiecku. Mapa Sobieskiego sięga zaledwie do Wiednia. Musiałem użyć opisu wyprawy Kanclerza Zamoyskiego i hetmana Żółkiewskiego, którzy podróżowali tym szlakiem na studia do Padwy we Włoszech, oddając się po drodze hulankom typowym dla studentów. Z tego powodu opis był dość frywolny i do tego ich szlak zahaczał często o wyszynki i domy rozpusty. Ale dałem radę. Minąłem Wiedeń oddając hołd polskiej Husarii i leciałem dalej na południowy zachód – na Gratz i Klagenfurt gdzie skręciłem na południe i wśród alpejskich dolin przekroczyłem granicę Italii. Wkrótce Alpy pozostały za moimi plecami, na północy a ja wjechałem na skąpane południowym słońcem adriatyckie równiny.
Rzymianie którzy opanowali te ziemie pobierają opłaty za autostrady zupełnie jak u nas. Za kilkadziesiąt ostatnich kilometrów na trasie Triest-Wenecja zapłaciłem potężne myto… Wreszcie dojechałem na wybrzeże. Miasteczko Caorle.
Zameldowałem się na kwaterze. Okazało się, że jest to najtańsza kwatera na całym adriatyckim wybrzeżu włączając również ceny w Albanii. 495zł za tydzień pobytu. Lokal z piętrem. Na terenie obiektu basen i plac zabaw… Do morza 500 metrów. Człowiek u którego wynajęliśmy kwaterę dłubał sobie wykałaczką w zębach okazując kolekcję złotych sygnetów na palcach. Wyrażał się wolno i z wysiłkiem. Co jakiś czas kiwał dłonią na stojącego obok wyżelowanego chudzielca o imieniu „Luidżi” i mówił do niego coś po włosku, na co Luidżi odpowiadał „Si, don Corleone”. Na koniec Don Corleone wstał, uszczypał mnie w policzek i kilkakrotnie poklepał mnie otwartą dłonią po twarzy. Zrozumiałem że jest to tradycyjne włoskie powitanie, więc uczyniłem to samo. Luidżi zemdlał…

Misja Europa. Odcinek Ósmy. Wciąż w drodze.

Kolonia, Niemcy
Rzymianie którzy wybudowali warownię nad Renem, nazwali ją Oppidum Ubiorum. Potem w średniowieczu, opanowali ją Frankowie i ostatecznie zajęli ją Germanie, którzy dzierżą ją do dziś z krótką przerwą na czasy Napoleońskie, gdy znów należała do Franków. W 1942 nadleciało tu  ponad 1000 bombowców RAF, które zrównały z ziemią znaczną część tego miasta. W sumie miasto bombardowane było przeszło 250 razy, dzięki czemu Adolf był permanentnie wk…wiony i stroszył wąsa. Niemcy jak to Niemcy. Niezwykle robotny lud. Szybko się odbudowali. Dziś jest to czwarte, co do wielkości miasto Niemiec. Mieszka tu około milion Germanów. Z racji bliskiej granicy z Belgią i jej francuskojęzyczną częścią, mieszkańcy Kolonii mają specyficzny akcent. Na przykład „R” wymawiają nieco podobnie do Francuzów. I ciężko im dogadać się z Bawarczykami. Ale komóż na tym świecie nie jest ciężko dogadać się z Bawarczykami?
W 1388 roku powstał tu pierwszy uniwersytet w kraju Germanów. Jak łatwo policzyć było to dwadzieścia kilka lat po utworzeniu naszej krakowskiej Akademii. Także kompleksów nie ma.
Kącik Dendrofila (Klub Dżepetto):
Informacje praktyczne: w Kolonii jest największe skupienie browarów w jednym miejscu na świecie. Jest ich dwadzieścia cztery. Słownie: dwadzieścia cztery. Żyć nie umierać.
Noc w Kolonii spędziliśmy po zachodniej stronie Renu, u uroczych Marysi, Benedykta i małej Sofii. Zjedliśmy pyszne śniadanie i około 10:00 byliśmy już w drodze. Mieliśmy do pokonania niemal 700 kaemów i trzy kraje …
Niestety dotkliwe rany zadane mi poprzedniego dnia przez snajpera,  uniemożliwiły zwiedzenie słynnej Katedry i najstarszego niemieckiego Uniwersytetu. Katedrę widziałem jedynie poprzedniego wieczora, z mostu na Renie. Nie ujrzałem zatem przerażającego krucyfiksu Gerona... I dobrze.
Waliliśmy wprost na zachód, na Akwizgran, przecięliśmy Linię Zygfryda blisko trójstyku granic Holandii, Belgii i Niemiec i znaleźliśmy się w Królestwie Filipa I. W Królestwie Belgów. W Królestwie najlepszych browarów na świecie… W Królestwie czekolady. Literki na tablicach rejestracyjnych zmieniły się z „D” na B”, a samochody zwolniły do przepisowych 120km.
Belgia.
To właśnie w Belgii wymyślono potrawę, którą Angole uważają za swój wynalazek, choć sami nazywają ją French Fries. Bardzo mi się podoba ta angielska logika, bo dostarcza mi wciąż sporej dawki dobrego humoru. Chodzi o fryty. Z majonezem.
Niepodległość Belgowie wywalczyli sobie w tym samym czasie, gdy my tłukliśmy się z Ruskimi w Powstaniu Listopadowym. W 1944 rozrabiał tu generał Maczek z 1 Dywizją Pancerną, tłukąc szkopów gdzie popadnie i wyzwalając Belgię u boku Monty’ego i Pattona.
Przecinaliśmy południową, walońską część Belgii, w której Belgowie mówią po Francusku. Lecieliśmy na Liege, miejscowość o swojsko brzmiącej nazwie Huy, następnie na Namur i Charleroi nieco na południe od pól Waterloo, bitwy w której Napoleon zgarnął srogi wp…ol i która utrzymała kajdany dla połowy Europy (co Angole, Prusacy, Ruscy i Austriacy nazwali dowcipnie „wyzwoleniem”), wreszcie na Mons i niezauważalnie przelecieliśmy granicę z Francją. Niczym hitlerowskie wojska, ominęliśmy linię Maginota i wdarliśmy się do kraju Franków od strony Belgii. Literka „B” znów zamieniła się na literkę „F” a samochody nieznacznie przyspieszyły. Byliśmy we Francji.
Francja

Point de Normandie - Most Normandzki
Kraj Franków podzielony jest na województwa które nazywają Regionami oraz na powiaty które nazywają Departamentami. Tuż przed naszym przyjazdem francuski rząd złośliwie zmienił podział administracyjny i pomieszał regionami, aby utrudnić nam drogę. Obecnie Francja ma 13 regionów. My wpadliśmy w najdalej na północny-wschód wysunięty region o nazwie Nord-Pas-de-Calais-Pikardia.
Waliliśmy przez pola bitwy Nad Marną, bitwy w której dzięki „odwadze” dowódców angielskich, francuskich i niemieckich zginęło 270 tysięcy żołnierzy. Pruliśmy dalej na Amiens, rodzinne miasto Julka Verne’a, zostawiliśmy za sobą Pikardię i wjechaliśmy do Normandii. Jechaliśmy na Hawr na wybrzeżu gdzie przejechaliśmy gigantycznym, najbardziej chyba w Europie monumentalnym mostem Normandii nad ujściem Sekwany, wreszcie dojechaliśmy do stolicy Normandii – Ką.

Widok na ujście Sekwany z Mostu Normandii
Ką na mapie opisane jest dla niepoznaki jako Caen. Miasto Wilhelma Zdobywcy, który tysiąc lat temu spuścił wp…ol Angolom i zagarnął ich ziemię w bitwie pod Hastings. Od tamtej pory przez setki lat angielskie elity mówiły tylko po francusku, zaś angielskim posługiwali się kmiecie – dlatego właśnie do dzisiaj Angole nie doprowadzili swego języka do cywilizowanego poziomu i nigdy nie wiesz czy, gdy mówią friend, chodzi im o „tego” friend czy o „tą” friend, co może doprowadzać do zaburzeń orientacji seksualnej. Zaś wieśniakami pozostali do dzisiaj, co możemy obserwować w piątkowe i sobotnie wieczory na krakowskim Rynku.

Normandzkie krajobrazy na północ od Caen w drodze na wybrzeże
Podczas lądowania aliantów w Normandii, samoloty RAF-u zrównały Ką z ziemią. Populacja z 60 tysięcy zmniejszyła się do 17 tysięcy Francuzów… Niemcy ucierpieli zaś w niewielkim stopniu. Wojna jest niezwykle romantyczna a Monty i Ike są do dzisiaj uważani za wybitnych strategów i odważnych „wojowników”.
Z Ką do wybrzeża jest zaledwie 20 kaemów. Byliśmy niemal u celu podróży. Wysłałem kartkę Luidżi’emu. Myślę, że się bardzo ucieszy. I mam nadzieję, że nie potłucze się podczas upadku…
CDN

środa, 12 października 2016

Misja Europa. Odcinek Siódmy. W drodze.

Szlak który musiałem przebyć jadąc na północ był więcej niż ciężki. Czekało na mnie 1000 kaemów przez góry i doliny.
W trasie. Włochy, Górna Adyga, droga na przełęcz Brennero
Podążałem na zachód przez Padwę i Weronę gdzie skręciłem na północ i jadąc wzdłuż potężnego jeziora Garda dobiłem do Trydentu i Bolano, gdzie zaczynały się już góry. Górna Adyga. Od pewnego czasu słyszałem za plecami dziwny syczący dźwięk… Co pewien czas jakiś cień zbliżał się do mnie ukradkiem. Dobiegały mnie dziwne słowa: „Mój skarb… Ukradli mi mój skarb”… W końcu z mozołem wdrapałem się na słynną alpejską przełęcz Brennero, punkt w którym Włochy stykają się z Austrią. Tutaj stanąłem na popas i udając, że przysypiam spoglądałem czujnie spod przymkniętych powiek… Syczący cień zbliżył się i na skalnej półce w tle księżyca ukazała się moim oczom twarz… Luidżi’ego. Złapałem go za rękę i ściągnąłem na dół. Zziębnięty i zakatarzony, wił się jak piskorz pokaszlując: „Gollum, Gollum”…
Związałem go wisiorkiem z weneckiego szkła i nakazałem mu prowadzić mnie dalej na północ, nie zważając na jego syczące krzyki: „To nas pali… pali nas”....

W trasie. Austria, Alpy
Za przełęczą były już ziemie cesarza Józefa. Alpejskimi przełęczami ruszyliśmy dalej na północ. W Insbrucku spotkałem się z oficerem łącznikowym, który zaopatrzył mnie w niezbędny sprzęt i ruszyłem dalej. Odbiłem na północny zachód i wkrótce stanąłem na granicy.
Spojrzałem przed siebie, ku północy… Mordor. Jedyne miejsce gdzie nikt nie chciałby się znaleźć, a do którego musiałem pójść. Westchnąłem, pociągnąłem Luidżi’ego i ruszyliśmy dalej. Byliśmy w Niemczech…
Sprawdziłem czy wszystko przygotowane: nienaganny ubiór oficera Wermachtu, dokumenty opiewające na fikcyjną postać Hans Klops i gładko ogolona japa… Byłem gotowy. Hans Klops… Odtąd dopóki przebywam w granicach Mordoru, to jest moje imię.
Mimo wszystko nie byłem bezpieczny… Gestapo deptało nam po piętach przez całą drogę. Cały czas czułem na karku gorący oddech Brunera… Nie byłem też pewny Luidżi’ego – czy w decydującym momencie nie wyda mnie w ręce Gestapo… W końcu Mussolini był w sojuszu z Hitlerem…
Szlak wiódł nas przez Bawarię ku miastu Ulm skąd pochodził słynny Johann Gambolputty de von Ausfern- schplenden- schlitter- crasscrenbon… itd. of Ulm. Niestety nie miałem czasu na zwiedzanie rodzinnej rezydencji herr Johanna Gambolputty de von Ausfern- schplenden- schlitter- crasscrenbon… itd. of Ulm.. Musiałem przemykać dalej ku północy. W Bawarii wciąż jeszcze widać było zniszczenia, których dokonał polski byk przyprowadzony przez kanoniera Dolasa.
To właśnie tam - w Bawarii Gestapo zastawiło na mnie pierwszą pułapkę. Potężny kilkunastokilometrowy korek w którym bawarscy obywatele stali w najwyższym ordnungu. Na szczęście byłem wyposażony w najnowszy japoński gie-pe-es. Zjechałem z głównej drogi i przemknąłem lasami. Udało się…
Podążałem w coraz większym napięciu na Stuttgart, Karlsruhe, Wormację, cudem przemknąłem tuż pod nosem dywizji Guderiana między Frankfurtem i Moguncją, a następnie skierowałem się na Koblencję i złowrogą stolicę Republiki Federalnej Niemiec: Bonn, gdzie urzęduje Sauron ze swoim charakterystycznym wąsikiem. Tutaj zwolniłem Luidżi’ego, odbierając od niego przysięgę, że wróci do swych rodzinnych stron, wyleczy katar i będzie nadal wzorowym pracownikiem don Corleone. Na pamiątkę dałem mu wisiorek z weneckiego szkła i z zadowoleniem obserwowałem jak tańczy wesoło trzymając w dłoniach to badziewie i syczy „Mój skarb! Mój Skarb!”
Poprawiłem mundur, strzepnąłem pyłek z wyglansowanych oficerek (sandały musiałem ukryć na dnie bagażu – wszak Gestapo od razu by mnie rozpoznało) i ruszyłem przed siebie aby pokonać ostatni odcinek drogi. Przede mną zarysowały się mury wspaniałego starożytnego miasta. Kolonia…
Był późny wieczór. Mrok i deszcz. Miałem za sobą 1000 kaemów. Po całym dniu kluczenia i ukrywania się przed Gestapo, byłem śmiertelnie zmęczony. I wtedy mnie załatwili…
Niemiecki snajper z dywizji Herman Goring ustrzelił mnie zaledwie kilka kaemów od celu… Polska dusza i ułański honor nie pozwalał mi jechać 60, gdy było ograniczenie 60. Jechałem 79… Trzydzieści Euro psu w d…
C.D.N.

czwartek, 29 września 2016

Misja Europa. Odcinek Szósty

Dżiowedi, Venti Trenta, Rai Uno
Kącik kulinarno-militarny. Picca. Jak wiadomo, do Polski przywiozła ją królowa Bona i przez długi czas Polacy myśleli, że jest to jeden z elementów tzw. „włoszczyzny”. Dopiero król Sobieski wyjaśnił rodakom: „Picca jaka jest – każdy widzi”. Na Litwie nieporozumienie to trwało znacznie dłużej – jeszcze Mickiewicz w XIX wieku myślał, że piccą jest świerzop…
A skąd wzięła się we Włoszech? Jak twierdzi rzymski profesor Teodore Bondżiorno-Błonasera, tą zacną potrawę odkryli Kartagińczycy podczas wojen punickich. Owoż, gdy Hannibal na czele armii pokonywał Alpy, aby pokonać wojowniczych Rzymian, jego brat Hazdrubal położył sobie bułkę z oliwkami, serem i pomidorem na płaskim kamieniu. Jeden z ostatnich słoni, które prowadziła ze sobą kartagińska armia i który przeżył drogę przez Alpy, przez nieuwagę nadepnął na ową bułkę. Początkowo z ust Hazdrubala wydobył się potok bluzgów… Po chwili, gdy kartagiński wódz przyjrzał się uważnie jak wygląda bułka po prasowaniu, wyrzekł z wolna w natchnionym zdumieniu: „picca”… Po kartagińsku oznacza to w wolnym tłumaczeniu: „a niech mnie…”. I tak właśnie powstała pizza. Było to w 218 roku. Bifor Krajst.
Zafascynowany odkryciem brata Hannibal zastosował słynny szyk piccowy podczas bitwy pod Kannami, gdzie rozgromił rzymskie legiony. Dopiero, gdy rzymski kontrwywiad zdobył ściśle strzeżoną tajemnicę wyrobu piccy, losy wojny odmieniły się. Scypion zreformował armię tworząc tzw. rzymskiego żółwia – legioniści idąc w zwartym szyku trzymali nad głowami picce. Dzięki temu wygrali wojnę, a Kartagina zniknęła z powierzchni ziemi.
Odtąd picca stała się stałym elementem w ważnych momentach historii. Juliusz Cezar swą słynną „Wojnę Galijską” zaczął od zdania: „Picca iacta est”, zaś przekraczając Rubikon rzekł: „Picce zostały zjedzone”. Hugenota Henryk z Nawarry, gdy miał zostać królem Francji powiedział słynne słowa: „Paryż wart jest piccy”. Łinston Czerczil powiedział zaś na zebraniu Klubu Puszystych Weteranów: „Nigdy dotąd tak niewielu nie zjadło tak wiele piccy”.
Również giganci światowej literatury umiłowali kartagińską potrawę. Lew Tołstoj napisał „Picca i Pokój”, Dostojewski „Zbrodnia i picca”, Flaubert „Panią Piccary”, Dante Alighieri „Boską piccę”, zaś Umberto Eco „Imię piccy”. W literaturze sensacyjnej najbardziej znane są powieści Ludluma „Tożsamość piccy” i Forsytha „Dzień piccy”.
W Polsce piccę opisywał w swych pamiętnikach Pasek, Kochanowski urządził pierwszą polską piccerię w Czarnolesie, i nie trzeba wiele wyobraźni, aby zgadnąć co było głównym daniem na obiadach czwartkowych u króla Stasia. Mały Jaś Kopenik został zapamiętany jako dziwne, zamyślone dziecko, które wciąż obraca wkoło leżącą przed nim piccę, wpatrując się w nią uparcie… W muzeum Czartoryskich w Krakowie można do dziś oglądać lekkie krągłe zagłębienia na obrazie Leonarda „Dama z łasiczką” – jednoznacznie wskazujące co mistrz zamierzał umieścić początkowo przy biuście damy, zanim nie przyszedł mu do głowy ten dziwaczny szczur.
Najgroźniejszą odmianą piccy jest picca prościutto – gdy ją zjesz, biegniesz prościutto do WC. Temat piccy tym samym uważam za wyczerpany. Teraz do rzeczy.
Muszę się przyznać, że czułem lekkie zaniepokojenie przed spotkaniem z don Corleone. Spotkanie wyznaczyliśmy przy plaży w miejscu gdzie rzeka Fiume dzieląca Caorle na dwie połowy wlewa swe wody do Adriatyku. Ubrałem skarpety i sandały, do kieszeni dżinsów włożyłem dwie główki czosnku, a w nogawce spodni ukryłem zastrugany kołek. Byłem gotowy.
O godzinie siedemnastej, gdy włoskie miasta wymierają podczas sjesty, dotarłem na miejsce. Rozejrzałem się po okolicy. Plaża była całkowicie pusta. Na wschodzie widać było budynki i hotele starego Caorle, ponad które wyrastała tysiącletnia katedra świętego Stefana z wysoką wieżą, a jeszcze dalej, na horyzoncie majaczył Kościół Najświętszej Maryji Panny Anioła z XIV wieku. Wieża stojąca obok tego kościółka na końcu długiej promenady była wielokrotnie niszczona przez jesienne sztormy występujące na Adriatyku.
Don Corleone nie przybył sam. Miał ze sobą swego nieodłącznego stróża – Luidżi’ego. Luidżi stanął w pewnym oddaleniu, zaś don Corleone podszedł do mnie niespiesznie, patrząc od niechcenia na morze.
- Przejdźmy się – powiedział.
Ruszyliśmy z wolna po plaży. Czułem jak piasek dostaje się między skarpetki i sandały…
- Kim ty jesteś, Polakko? – zapytał wreszcie Corleone i nie czekając na odpowiedź ciągnął – Udaremniłeś kilka zamachów na swoje życie, załatwiając mojego najlepszego człowieka. Tylko najbardziej profesjonalny zawodowiec dałby radę mojemu Luidżi’emu. Kim ty u diabła jesteś?
- Jestem Agentem Rzeczypospolitej – powiedziałem wolno. Teraz ukrywanie się nie miało już sensu. Postanowiłem grać w otwarte karty.
- Hmmm. Teraz już wszystko jasne – powiedział don Corleone. Milczał przez chwilę, w końcu spojrzał na mnie i rzekł – Nie będę pytał jaką masz misję, bo wiem, że mi nie powiesz. Zapytam jedynie, czy Twoja misja dotyczy mojej rodzinnej firmy?
- Nie…
Don Corleone odetchnął z ulgą i dał jakiś przeczący znak Luidżi’emu, który od dłuższej chwili nieudolnie ukryty za palmą usiłował bez powodzenia złożyć karabin snajperski. Wróciliśmy do Luidżi’ego, który w międzyczasie schował karabin w krzakach. Corleone spojrzał na mnie i zapytał:
- Jaki masz status?
- Rudy. Rudy 102…
Corleone zbladł.
- Znam tylko status 101, czyli licencję na zabijanie. Co oznacza status Rudy 102? Na co masz licencję?
Chwilę milczałem patrząc mu w oczy. Wreszcie wycedziłem wolno:
- Na skarpety… Skarpety i sandały…
Luidżi wyszeptał: „Porka mizeria”… I zemdlał.
CDN

Misja Europa. Odcinek Piąty. Melancholia

In Vino Veritas…
Merkoledi, Venti Trenta, Rai Uno.
Melancholia. Dopada nie wiadomo kiedy.
Koniec sezonu. Zamknięte restauracje, wymarłe turystyczne kompleksy, nieczynna, przykryta plandeką kolejka dla dzieci… Opadłe liście topoli wysychające w południowym słońcu. Opustoszała plaża… Leniwe fale którym nawet nie chce się szumieć, tak jak powinno szumieć morze. Słychać jedynie subtelny dźwięk muszelek grzechoczących niczym drobne dzwoneczki, gdy fala popycha je delikatnie ku brzegowi. Przypominają się big beatowe szlagiery. Klenczon „Historia jednej znajomości”, Stan Borys „Spacer dziką plażą”, Irena Santor „Już nie ma dzikich plaż”… Już nawet nie irytuje mnie ten tekst… Jak autor (Tomaszewski) mógł połączyć dziką plażę i małą kafejkę przy molo? Jak dzika plaża to jakie molo, jaka kafejka? Jak dzika plaża, to glony, zdechła ryba i gałęzi kupa...
Luidżi pojawił się jedynie wczesnym rankiem. Widziałem go jak tocząc łzy majstrował z piłą przy moich hamulcach. Gdy jak zwykle wesoło wyskoczyłem, aby przestraszyć go dla żartu, Luidżi… o dziwo uciekł. Krzyczał jedynie histerycznie „mamma mia!”. W czasie panicznej ucieczki jego rzadkie włosy wymknęły się spod warstwy żelu i powiewały na wietrze…
Chyba się wstydzi swych wybryków w Wenecji.
A mnie jakoś smutno na duszy.
Piąty dzień poza granicami kraju. Niby palmy, słońce i czyste morze. Ale coś wierci w środku, niczym Skawińskiego w jego latarni, gdy dorwał się do Mickiewicza. Tam daleko u nas, na północy przecie tak wesoło. Macierewicz, Krycha Pawłowicz, ustawa antyaborcyjna, CETA i TTIP, ksiądz Międlar, weseli brunatni chłopcy z ONR chcący wymordować 95% Polaków, bo to „zdrajcy” i „lewacy”… Polska. Połowa za, połowa przeciw. Czyli jak zwykle od tysiąca lat. „Dawno temu na dzikim wschodzie”. A tutaj? Nuda i sjesta… Melancholia. Zniknęły nawet austriackie seniorki. I ich negliże… Ooo! To akurat pozytyw.
Jakoś tak się dzieje w mej biednej głowie, że gdzie nie pojadę wszędzie widzę ślady Polski i Polaków.
W Padwie, Bolonii, Ferrarze i Rzymie studiowali, a później sami wykładali tacy słynni rodacy jak Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski, Jan III Sobieski, Jan Zamoyski, Żółkiewski... Co robią studenci podczas studiów – sami wiecie. Nic tak nie wzmaga pragnienia, jak proces przyswajania wiedzy. Znając naszą słowiańską naturę jestem pewien, że nieźle się tu zabawiali, łobuzy. Ale podsumowując: kompleksów nie ma. Zamoyski zresztą sam był rektorem w Padwie.
280 kaemów na zachód od miejsca, w którym piję wino, przeszło dwa wieku temu, w mieście Reggio Emilia, gdzie stacjonowali tęskniący za wolną Ojczyzną polscy legioniści od Zajączka i Dąbrowskiego, Józef Wybicki napisał dla nich piękną pieśń, którą przez kolejne stulecia miało na ustach wielu zacnych ludzi ginących w wielu wojnach, na wielu frontach. Tym chłopakom grało w środku to samo, co każdemu Polakowi. Gryka jak śnieg biała. No i oczywiście dzięcielina pała. (czymże ona tak pała?)
Trochę później i trochę dalej na południe, chłopaki od Andersa ginęli na zboczu Monte Cassino szturmując słynny klasztor. Ginąc słyszeli hejnał mariacki grany na trąbce przez jednego z nich… Mieli za sobą łagry, szlak z Syberii przez Iran i Afrykę… I to właśnie oni zdobyli ten cholerny klasztor. A próbowali wcześniej Nowozelandczycy, Hindusi, Brytole, Minieciarze, Makaroniarze… Nawet Hamburgery.
W samym Rzymie na watykańskim wzgórzu urzędował na najwyższym katolickim stołku nasz krakowski biskup Wojtyła. I Jego krew też wsiąkła we włoską ziemię w 1981 roku.
Nawet gdy myślę o Weronie, o „Romeo i Julii” Szekspira – przypomina mi się jak wielki i wybitny geograficzny zasób wiedzy posiadał ów genialny twórca nad którym dziś masturbują się nawet Eskimosi i Aborygeni, gdy napisał o Polsce: kraju na wiecznym lodzie, graniczącym z Danią…
Dziś już ich wszystkich nie ma. Już przeszli…
Taka mnie naszła melancholia, że zakupioną w Caorle’ńskim hipermarkecie Familia (którego szefem jest don Corleone) puszkę tuńczyka wrzuciłem w przeźroczyste fale Adriatyku. Płyń rybko na zdrowie. Choćby do Afryki.
PS
Luidżi przysłał mi tajemniczą kartkę, na której napisał: „Drogi Dżakoppo. Don Corleone chce się spotkać w cztery oczy. Jutro. W samo południe. Czyli o 17-tej. Podczas sjesty”. No wreszcie! Coś się zaczyna dziać do cholery!
CDN

wtorek, 27 września 2016

Misja Europa. Odcinek Czwarty

Moi drodzy
Luidżi sprawia mi co dzień miłe niespodzianki. Dziś zaskoczyłem go, gdy podkładał niewielki pakunek pod moim autem. Zapewne jakiś miły prezent. Gdy już go ocuciłem, nerwowo wyrzucił tą paczuszkę na niedalekie pole golfowe. Co ciekawe później w tym miejscu pojawił się duży lej…Jak mi wyjaśnił, nieco się jąkając, paczuszka była prezentem od samego don Corleone… Miły gest.
Porady praktyczne: co zabrać ze sobą na zagraniczną podróż.
O zaostrzonych kołkach i worku czosnku nie muszę Wam pisać – to oczywiste. Jeżeli chodzi o prowiant, należy wziąć ze sobą kabanosy. Suche i długotrwałe. Można na nich przeżyć długie tygodnie, nie wydając dewiz. Jak napisał Mrożek, każdego profesjonalnego turystę z Polski, można za granicą rozpoznać po tym, że z walizki wystaje mu laska kabanosa. Nieodzowne są również czechowickie zapałki i scyzoryk z Gór Świętokrzyskich. Z leków nie można zapomnieć kropli do nosa. Należy zaopatrzyć się w najbardziej aktualne mapy (ja wziąłem mapę Środkowej Europy z kampanii Sobieskiego oraz mapy północnych Włoch Żółkiewskiego i Zamoyskiego – a na dalszą podróż, w którą ruszę już za kilka dni: taktyczne mapy Niemiec (i również Włoch) generała Dąbrowskiego i księcia Józefa Poniatowskiego, mapy ISIS dotyczące działań w Kolonii, a także sztabowe mapy generałów Berlinga i Świerczewskiego oraz mapę Belgii i Holandii generała Maczka, a na koniec ściśle tajny plan Czerczila dotyczący lądowania aliantów w Normandii i wreszcie partyzanckie mapy Szuanów z Bretanii).
 Za granicą tubylcy nie znają polskiego. Długo wypytywałem Luidżiego cytując mu Kochanowskiego, Reja, Mickiewicza i Słowackiego – niestety nie potrafił nawet powtórzyć „Litwo ojczyzno moja…”. Czego oni ich uczą w szkole? Co więcej, nie potrafił też zrozumieć jak polska epopeja może zaczynać się od nazwy innego kraju określanego jako ojczyzna… Dlatego też Polak za granicą powinien mówić po polsku bardzo wolno i wyraźnie – wtedy na pewno zostanie zrozumiany: „SŁU-CHAJ U-WA-ŻNIE JE-SZCZE RAZ TY DU-RNY KEL-NE-RZYNO: SZKLA-NKI ZOSTA-WI-MY NA O-BIE-KCIE” (Cytat za Tomek. W.) Na szczęście nieco włoskiego nauczyła mnie moja wspaniała szwagierka Dolores, która posługuje się językiem Petrarki niczym rodowita mokra Włoszka :-)
Odzież: Gorąca dyskusja ekspertów o rodzaju skarpet, jaki należy dobierać do sandałów, w której uczestniczyli tacy celebryci jak Jolanta Kwaśniewska, Jacykow, Renata Begger i poseł Krycha Pawłowicz, przy gościnnym udziale Przewodniczącego ONZ pana Kofana Anana, nie doprowadziła do wypracowania jednoznacznej odpowiedzi na to zagadnienie. Są różne szkoły: białe z napisem „Sport”. Frotte. Z napisem „Nike”. Czarne – bo praktyczne i ładnie później stoją w łazience. Jednak najważniejsze pytanie, moi drodzy, nie dotyczy koloru i kroju. Brzmi: dwu - czy trzy - dniowe?... Luidżi, prezentujący tzw szkołę włoską, powiedział mi, że dobór skarpet jest właściwie obojętny – najważniejszy jest żel na włosach i koszula bez trzech górnych guzików.
Region północnych Włoch, który intensywnie eksploruję, nazywa się Wenecja Euganejska. Dawna starożytna Galia Przedalpejska, a później Republika Wenecka. Właśnie w tym regionie, w Padwie studiowali najwięksi wodzowie Rzeczypospolitej, tutaj właśnie w Weronie niejaki Montecci kopulował z Kopuletti. Przez ten region przetoczyły się swego czasu hordy Hunów przerażającego Attyli. Dziś jego potomkiem jest Wiktor Orban siedzący na węgierskiej puszcie. Stolicą tegoż regionu jest oczywiście Wenecja. Starożytne słynne miasto leżące na wodzie niczym Wrocław AD 1997… Miasto karnawału i miłości. Wraz z Luidżi’m odbyliśmy do owego miasta wycieczkę. Architektura Wenecji jest wzorowana na Nowej Hucie. Na przykład Pałac Dożów na Placu św. Marka, zbudowano na podobieństwo budynków stojących przy Kombinacie Lenina. Na tym słynnym Placu dzikie stada gołębi robią na Bazylikę św. Marka to samo, co ich bratnie stada na rynku krakowskim na Kościół Mariacki. Nazewnictwo jest tutaj dość monotonne – Plac św. Marka, Bazylika św. Marka, Dzwonnica św. Marka, statua św. Marka… Po licznych kanałach kursują gondole, którymi pływają niemieccy i anglosascy turyści rozpływający się w romantycznym smrodzie. Pokutuje wciąż miłosny zabobon, że gdy płynąc Grande Canale, przepłyniesz pod najsłynniejszym weneckim mostem Rialto – wówczas nigdy nie dostaniesz kataru, a podczas randek nigdy już nie będziesz cierpiał na wzdęcia.
Zafascynowany Wenecją Luidżi poddał się bezgranicznie romantyzmowi miejsca i kupił mi wisiorek ze słynnego szkła weneckiego, zaś gdy pokonywaliśmy gondolą słynne odwrócone „S” Wielkiego Kanału, Luidżi w cieniu jednego z mostów, rozochocony chciał poczochrać mnie po brodzie. Dałem mu delikatnie do zrozumienia, że jego awanse mnie nie interesują i klepnąłem go z lekka w czoło… Luidżi zemdlał…
CDN

Misja Europa. Odcinek Trzeci

Luidżi dziś nie miał dla mnie czasu. Musiał załatwić coś u sędziego, albo załatwić sędziego – nie do końca zrozumiałem. W każdym razie wykonywał zlecenie don Corleone. Dlatego dziś trochę informacji praktycznych o Rzymianach w pigułce na podstawie zeznań Luidżi’ego.

Dojazd: tankujemy do pełna na ostatniej stacji na A1 przed czeską granicą (BP) i lecimy na Brno, Wiedeń i Gratz. W okolicy Klagenfurtu zaczyna migać kontrolka paliwa. Benzyna w Austrii droga jak diabli przy autostradzie, więc zjeżdżamy zjazdem Klagenfurt Ost i obok Ikei tankujemy za mniejszą kasę. Ale i tak boli. Teraz walimy na południe i do Wenecji czy Triestu dojedziemy na połowie baku.
Jedynie Polacy nazywają ten kraj Włochy. Wszyscy inni są mniej oryginalni i mówią: Italia. Żyje tu 30 milionów Włochów i 28 milionów Włoszek. Nie licząc uchodźców. Prezydentem jest Serdżio Mattarella a premierem Mateusz Renzi. Berluskoni zaś uprawia już spokojnie swoje bunga bunga poza strukturami władzy. Na Sycylii rządzi don Corleone.
Włosi są w NATO. Czyli sojusznicy. Ale jakoś tak zawsze jest, że stawiają na niewłaściwego konia i dopiero po jakimś czasie się opamiętują. W czasie wojny popierali Hitlera, teraz popierają Putina. Generalnie z sojuszami nie są zbyt rozgarnięci.
Geografia krótko: but + Sycylia, którą but kopie w dupala. Jest jeszcze Sardynia. Jakoś tak na uboczu.
Klimat: 26 stopni pod koniec września. Słońce. Błękitne niebo. Palmy. Pomarańcze, arbuzy, winogrona. Ciepłe morze. Kraj jest numerem jeden na świecie w produkcji wina. Więcej nie napiszę, bo jak każdego człowieka z dalekiej północy, zaczyna trafiać mnie szlag…
Kultura:
Jeśli chodzi o muzykę to dłuższy czas stawiali na kastratów, ale w końcu się opamiętali. Vivaldi wymiata. Mistrzem nad mistrzami jest Enio Morricone. Razem z filmowcem Sergio Leone tworzyli wspólnie najlepszy duet filmowo-muzyczny na świecie. U nas ich odpowiednikami byli Polański i Komeda.
Literatura: Petrarka, świntuch Bokaczio, Dante, który gdy był o siedem lat młodszy ode mnie napisał, że jest już na półmetku życia, Umberto Eco – polecam najświeższą książkę „Temat na pierwszą stronę”.
Historia w skrócie:
Cesarstwo Rzymskie. Imperium. Pax Romana. Wyrżnięte całe narody, kolejne narody zamienione w niewolników w imię pokoju, akweduktów i dróg. Igrzyska, rzezie niewolników na arenach, walki gladiatorów. Niewolnictwo. Hannibal i Scypion. Chrześcijanie i lwy. Neron, Kaligula i Mussolini. Juliusz Cezar i Kleopatra. Berlusconi i bunga bunga.
Słynna papieska pornokracja, o której na katechezach raczej się nie dowiecie – ciekawostką jest, że to właśnie w czasach tych zwyrodniałych papieży nasz Mieszko chrzcił Polskę.
Gdy Włosi wybili się na niepodległość i zjednoczyli kraj pod przywództwem Garibaldiego i Cavoura, nasi na wieść o tym zwycięstwie ruszyli do Powstania w Styczniu 1863... Wówczas jeden z bohaterskich Włochów ruszył do nas, aby walczyć za wolność naszą i waszą. I zginął. Luidżi jak większość Włochów nie ma zielonego pojęcia, kim był jego krajan Francesco Nullo, którego imieniem ochrzczono w naszej Ojczyźnie tyle ulic, że chyba tylko Piłsudski i Kościuszko mogą iść z nim w zawody.
Gdy opowiedziałem historię Nullo Luidżi’emu, Luidżi… zemdlał.
CDN

niedziela, 25 września 2016

Misja Europa. Odcinek Drugi

Kochani
Widok z mojej kwatery to jednak nie morze, a basen. Adriatyk jest znacznie większy niż myślałem… Plaża dość zadbana, choć piasek w brudnym rdzawym kolorze, nie to, co nasz Bałtyk. Woda przejrzysta niczym Morskie Oko. Słona. I czysta. Czyli również nie to, co nasz Bałtyk... Adriatyk leży na wysokości 100 m n.p.m, ponieważ nieopodal są góry.
We Włoszech najwięcej jest Włochów. Ale też dużo tu turystów z Austrii i Niemiec. Jako żołnierz, doświadczony w walkach z nimi chciałem od razu się okopać, ale tutaj niespodzianka… Nad Adriatykiem na plaży panuje coś w rodzaju rozejmu. Nikt się nie okopuje. Nie widać w ogóle parawanów. Musiałem się przystosować, wykopałem więc jedynie prowizoryczną fosę. Na dnie oczywiście ustawiłem naostrzone pale.
Kolejna różnica: zamiast męskich dekoltów hydraulika widać damskie negliże… Ale nie podniecajcie się moi drodzy. Mowa o Austriackich seniorkach. Kontrkultura roku 68’ była seksi w sześćdziesiątym ósmym. Przypominam, że mamy 2016. Policzcie i starajcie się nie rysować sobie w wyobraźni tego obrazu. W każdym razie potwierdza się to, co mówił minister Macierewicz. Zachód jest zgniły… Skoro już jesteśmy przy tym temacie: Kącik Dendrofila. Moi kochani Klubowicze z Klubu Dżepetto. Możecie mi zazdrościć. Otóż dziś przytulałem się do kosmatej palmy. Palmy!!! Są też pinole. I parę innych, ale nie proście mnie abym Wam powtórzył ich barbarzyńskie nazwy.
Ja i Luidżi powoli stajemy się przyjaciółmi. Przyłapałem go w środku nocy pod moją kwaterą – podkładał mi pod drzwi owiniętą w papier głowę ryby. Podobno to coś znaczy dla Włochów. Zwłaszcza tych z Sycylii. Coś ważnego. Gdy dla żartu wyskoczyłem na niego wrzeszcząc jedyne słowa, które umiem po włosku: „Lunedi, Venti Trenta, Rai Uno!” – Luidżi zemdlał. Włosi są wrażliwi. Dlatego to właśnie oni wynaleźli Renesans. I akwedukty. I rozszarpywanie chrześcijan przez lwy.
Podobno Włosi to brudasy. Takie panuje przekonanie. To nieprawda. Ulice są czyste i zadbane, trawniki przycięte elegancko, architektura pełna smaku. Nasz obiekt również jest czysty. Jak wyjaśnił mi Luidżi, gdy już go ocuciłem, czystość wynika z tego, że cały kompleks kwater to jest jakaś pralnia. Pieniędzy czy czegoś. Nie zrozumiałem. Mój włoski jest więcej niż słaby. Don Corleone w każdym razie dba o czystość. I to mi wystarczy.
Luidżi nauczył mnie kilku słów. Bondżiorno. Buona Sera. Ariwederczi. I oczywiście: Laszate mi kantare. Używając ich naprzemiennie, mieszając i dodając sycylijski akcent udało mi się zamówić w restauracji spagety. Spagety to są makarony. Złośliwy kelner wsypał mi do nich muszle wypełnione jakimś badziewiem. Musiałem udawać że znam się na śródziemnomorskiej kuchni i zeżarłem to całe ustrojstwo. Muszle strasznie chrzęściły w zębach, ale dałem radę. Tak się kończy bracie, gdy zdradzasz naszą Polską wspaniałą kuchnię. Gdzie jest słonina ja się pytam?
Gdy zapytałem Luidżi’ego co oni widzą w tym zażeraniu się muszlami… Luidżi zemdlał.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Kraków. Pięć kopców

My Krakusy lubimy sypać kopce… Dzięki temu, zwiedzanie Krakowa można ogarnąć w kilka godzin. Wystarczy dotrzeć do pięciu kopców usytuowanych w strategicznych miejscach miasta i obejrzeć sobie całe miasto. Z góry. I z każdej strony.
Pierwszy kopiec, to kopiec który nie istnieje. Kopiec Esterki. W okolicach Stadionu Wawel. Z ziemią zrównali go dziarscy wojacy z Ludowego Wojska Polskiego w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Na zarzuty zszokowanych Krakusów ich dowódca odparł wówczas rzeczowo: „jak tak bardzo wam na tym zależy, możemy go wam usypać z powrotem…” Esterka była piękną, żydowską kurtyzaną ostatniego wielkiego Piasta – króla Kazimierza. Krakusi ją kochali. Bardziej niż króla – jemu wszak kopca nie usypali… Być może nie tylko Kazimierz korzystał z jej wdzięków... W ówczesnych czasach nie było jeszcze ONR-u i Polacy mogli spokojnie sypać kopce dziewczynom z mojżeszowego narodu.
Drugi kopiec, to kopiec Wandy. Wandy co nie chciała. Królewna Wanda pochodziła z Huty. Tak kochani. To prawda. Królewna układając wraz ze swym ojcem królem Krakusem plan rozwoju przestrzennego miasta, zaplanowała rozbudowę dymarek na położonych na wschód od grodu czarnoziemach. Chciała uruchomić produkcję stali, w celu dozbrojenia swych wiślańskich wojów, albowiem zły niemiecki faszysta wyraził chęć zawarcia z nią związku małżeńskiego, w razie odmowy grożąc wojną. A Wandzie nigdy nie podobał się idiotyczny wąsik i kretyńskie zaczesanie na lewo. Poza tym organicznie nie cierpiała faszystów i narodowców. Jak Piłsudski.
Niestety starzejący się Krakus nie domagał już umysłowo i nie zawsze zdążał do wygódki, ponieważ hulaszczy tryb życia który uprawiał swego czasu, po pokonaniu groźnego smoka spowodował uszkodzenie mózgu w rejonie Robaka. Z tego też powodu ostatecznie pomysł rozbudowy średniowiecznego kombinatu został zarzucony i powrócono do niego dopiero w tysiąc lat później.
Wanda zaś sfrustrowana całą sytuacją i upadkiem jej flagowego projektu, popełniła harakiri rzucając się do Wisły w rejonie Przewozu, ostatniego progu wodnego na Wiśle. Odratowano by ją, ale sprawę wzięli w swe ręce krakowscy pielęgniarze. Wiecie: Pavulon... Okoliczni kmiecie usypali jej wielki kopiec u wrót jej wymarzonego kombinatu… W jej rodzimej Nowej Hucie.
Jej papa – król Krakus zmarł jeszcze przed nią. Marskość wątroby… Jemu również usypano kopiec. W nagrodę za pokonanie groźnego smoka. Krakusi mówią na niego albo Kopiec Kraka, albo Kopiec Rękawki. Kopiec stoi na wzgórzu Lassoty, dawnej ziemi Awdańców, w okolicy nadajnika TV na Krzemionkach i kamieniołomu Libana, gdzie czasu wojny niewolnicy – wśród nich młody księżulo o nazwisku Wojtyła - łupali krzemień (w roli czarnych charakterów oczywiście jak zwykle występowali tu Niemcy), zaś w latach 90-tych kręcił tu sceny Stefan Szpilberg do „Listy Szindlera”. Jako ciekawostkę podam, że znajomy skinhead z Huty który załapał się na statystę do tego obrazu licząc, że zagra SS-mana, otrzymał rolę… żydowskiego więźnia… Sporo znajomych „metali” ścięło wówczas włosy (jako statyści dostawali dodatkowe pieniądze za ścięcie włosów, pomnażali zaś dalej swój dochód sprzedając ścięte „pióra” perukarzom). Na dnie kamieniołomu wciąż można jeszcze obejrzeć części scenografii z „Listy Szindlera” (wielu odwiedzających mylnie interpretuje leżące na ziemi macewy jako oryginalne z czasów wojny – Niemcy za okupacji, chcąc zgnoić Żydów wyłożyli żydowskimi nagrobkami ścieżkę którą przechodzili oni do niewolniczej pracy). Opodal kamieniołomu na terenie dawnego obozu jenieckiego Lager Plaszow, znajduje się Hujowa Górka. W tym miejscu Niemcy wcielali w życie idee nacjonalizmu, mordując Polaków i Żydów. Nazwa pochodzi od SS-mana Alberta Hujara. Właściwe nazwisko dla właściwego człowieka.
Widok z kopca na północ – na dolinę Wisły i Rynek wystrzelający kościelnymi wieżami. Na południu daleko na horyzoncie widać Tatry. Są cztery specjalne dni w roku. 2 maja lub 10 sierpnia o świcie widać z kopca Krakusa jak słońce wschodzi dokładnie znad kopca Wandy, zaś 6 lutego lub 4 listopada o zachodzie stojąc na kopcu Wandy widać słońce zachodzące dokładnie nad kopcem Krakusa… Kopce Kościuszki i Piłsudskiego były już odnawiane – natomiast starsze o tysiąc lat kopce Wandy i Krakusa stoją bez remontów od wieków… Tak to sprytnie budowali Krakowianie przed rewolucją przemysłową.
W każdy wtorek po Wielkiej Nocy u stóp kopca Kraka, Krakusi obchodzą starożytne pogańskie święto Rękawki - wiosenne Dziady. W święcie tym chodzi o oddawanie czci zmarłym bliskim - dlatego Krakusi zrzucają wtedy z Kopca pożywienie i drogie przedmioty - PS4, Smartfony itd.
Kopiec Krakusa to trzeci kopiec na naszej trasie.
Kopiec czwarty. Kopiec Kościuszki. Naczelnika Tadeusza Kościuszki. Ekskomunikowany przez papieża, znienawidzony przez polskich biskupów i Targowiczan, wielki polski patriota i wojownik znany po obu stronach oceanu. Ręce drżą gdy przychodzi pisać o tak wielkiej postaci… Krakowianie usypali mu kopiec 200 lat temu. Stoi na wzgórzu św. Bronisławy, czyli na Sikorniku – idzie się do niego Aleją Waszyngtona mijając po lewej salwatorski cmentarz na którym spoczywają inni słynni Krakowianie – pisarz Karol Bunsch, pisarz Antoni Gołubiew, historyk Władysław Konopczyński i sam Stanisław Lem, na którego grobie jego czytelnicy układają kamyki (jego grób jest jedynym na tym cmentarzu, który nie ma krzyża)… Widok z kopca jest przepyszny – na wschód widać Błonia, piękną bryłę Wawelu i strzelające znad Rynku wieże kościołów, oraz Kopiec Krakusa po drugiej stronie Wisły… Na południe – dolinę Wisły i daleko daleko – Tatry. Na zachód: sąsiednie wzgórze i kopiec Piłsudskiego. Powiem Wam w tajemnicy, że wkrótce zacznie się pod tym wzgórzem rycie – ma tędy lecieć nowa obwodnica.
Czarnym szlakiem – „szlakiem dwóch kopców” można przejść z Sikornika przez przełęcz przegorzalską na kolejne wzgórze – Sowiniec gdzie jest ostatni z pięciu krakowskich kopców – „Mogiła Mogił”, zwany Kopcem Piłsudskiego. Największy w Polsce i najmłodszy z krakowskich kopców. Usypano go 80 lat temu. Pasmo Sowińca porośnięte jest prastarym Lasem Wolskim – zwyczajowym miejscem spacerów i rozbieranych randek Krakusów i Krakusek. Na wzgórzu tym są też inne warte odwiedzenia punkty: krakowskie ZOO, zamek w Przegorzałach, gdzie w wieży urządza się świetne imprezy, polany na których malował Malczewski i opalał się sam prezydent Leo, i wreszcie jeden z najpiękniej położonych w całej Europie klasztorów – klasztor Kamedułów (widok z niego zapiera dech w piersiach: dolina Wisły w pięknym zakolu, klasztor na skale w Tyńcu i daleko na południu majestatyczne szczyty Tatr). Sam kopiec usypano z ziemi zebranej na wielu bitewnych polach Wielkiej Wojny, gdzie walczyli Polacy. U jego stóp rosną dęby wolności – pierwszy z nich zasadził „Nasz Premier”, „ojciec założyciel” wolnej Polski i wybitny katolicki intelektualista - Tadeusz Mazowiecki. Z samego kopca widok rozciąga się na północny zachód – świetnie widać stąd lądujące na Balicach samoloty. Na wschód widać sąsiednie wzgórze Sikornik i kopiec Kościuszki.
Pięć kopców. I miasto obejrzane z każdej strony. Polecam tak właśnie pokazywać Kraków odwiedzającym Was znajomym z innych grodów. Po takim rajdzie, kompletnie wyczerpani, przerażeni tym co może przynieść dzień następny, co prędzej chcą spierdzielać do domu i nie siedzą niepotrzebnie na głowie.
 
Howgh

piątek, 26 sierpnia 2016

Warszawa. Podróż na północ.

Wpis II Podróż na północ

Na gorzałę mówią tam „gołda”. Na jabola: „alpaga”. Nie znają tam w ogóle pijackich obyczajów z południa kraju… Gdy normalny człowiek na czyjeś kichnięcie zareaguje uśmiechem i słowami: „Nooo…. Będzie się działo”, „Nie na wodę!” albo „Tak się kicha na kielicha”, patrzą tam na niego jak na przybysza z kosmosu… A gdy chcą wyjść na pole, mówią „wychodzę na dwór”… Już wiecie gdzie tym razem los poniósł sandałowego włóczęgę? Tak nie mylicie się. Byłem w naj...większym mieście Polski. Trzeciej stolicy Rzeczypospolitej. Byłem w Warszawie.
Miano stolicy Warszawa uzyskała od Szweda. Po śmierci wspaniałego Huna króla Stefana Batorego, nasi przodkowie wybrali na króla Polski szwedzkiego królewicza Zygmusia. To właśnie on - Zygmunt III Waza przeniósł stolicę z Krakowa do Warszawy, aby mieć bliżej do Sztokholmu gdzie zawsze chciał spier…lić do swego papy. Niestety nie udało mu się i na kolejne kilkadziesiąt lat byliśmy skazani na niego i jego synów. Czyli na szwedzkie pornole.
Przed wojną Warszawa była najpiękniejszym miastem w Europie Centralnej. Czeska Praga czy madziarski Budapeszt mogły ówczesnej Warszawie wyczyścić buty. Dziś pod względem piękna daleko jej do Gdańska, Wrocławia czy Krakowa. Kto jest za to odpowiedzialny? Odpowiedź jest ta sama co zawsze. Niemcy. Dziwny naród noszący trupie główki na czapeczkach. Naród który od czasów Wichmana i margrabiego Gerona, zawsze lubił faszyzm i nacjonalizm…
Aby móc powiedzieć o sobie „jestem Warszawiakiem” należy przedstawić archiwalne akta urzędowe potwierdzające, że ostatnie 10 pokoleń (ale tylko „po mieczu” – „po kądzieli” się nie liczy) urodziło się w tym mieście. Dlatego 99% obecnych mieszkańców Warszawy, to tak zwane „Słoiki”. Powiedzenie wzięło się stąd, że przyjezdni zabierają z rodzinnych siół domowy bimber w słoikach, bowiem gorzała jest w Warszawie o 20% droższa niż gdzie indziej…
Zapytacie co tam robiłem? Otóż kochani ostatnio rozejrzałem się po znajomych i stwierdziłem że jestem ostatnim Mohikaninem, który nie wziął jeszcze kredytu. Dlatego aby nie pozostawać w tyle za nowoczesnymi trendami zdecydowałem się wziąć ów ciężar na barki. Kredyt na czteroślad. Mojego starego 3-cylindrowego (ekologicznego) Francuzika spieniężyłem na żyletki pewnemu mechanikowi, sam zaś pojechałem do salonu w samej stolicy, aby kupić na krechę najnowocześniejszy model rodowitego Japońca, robionego w tureckich fabrykach przez uchodźców z Syrii i spiskowców z Kurdystanu. Tojota. Rolka. Nowiutka niczym Nowa Huta w 1950 roku. Moc ma taką, że – aby wyrazić się fachowym językiem mechaników – że ja pier…lę. Wyróżniający się sportowy kolor krwi. Sześć biegów. Z udogodnień nie ma co prawda patelni w fotelach oraz tempomatu, ale zrezygnowałem z tego świadomie jako zadeklarowany przeciwnik ideologii dżender: jaja muszą być zimne.
Kochani - muszę kończyć, bo wracam na parking przytulać się do tej ślicznotki.
Howgh

środa, 24 sierpnia 2016

Kraków Podgórze Cz.2 Zakrzówek Park i Grota Twardowskiego

Krwiściąg… Potworna nazwa dla potwornej rośliny. To właśnie nią żywi się monstrualny robal. Rośnie w jedynym miejscu na ziemi – na Łąkach między Tyńcem a starym Krakowem. Obecnie to Podgórze. Jak twierdzi prof. Woyciechowski, roślina wyrosła w miejscu gdzie spadła kropelka moczu, którą uronił ze strachu hitlerowski Krzyżak, gdy szarżował na niego Zbyszko z Bogdańca, podróżujący z Tyńca do Krakowa. Przez wzgląd na Panie nie będę pisał za co złapał naszego Zbyszka rycerz Powała z Taczewa uniemożliwiając wówczas ostateczne załatwienie faszysty.

Krwiściąg. Obrzydliwe pożywienie obrzydliwego robala. Robala którego prawdziwe pogańskie miano brzmi Phengaris teleius. Okoliczni mieszkańcy nazywają go zaś Modraszek Demon. Z nim właśnie toczyłem srogi bój na Łąkach i Górce Pychowickiej. Aby pokonać tego drania musiałem w końcu sprzymierzyć się z samym diabłem. Z deweloperami…

Deweloperzy to sadystyczne plemię pożeraczy ziemi. Wydają się mili i sympatyczni, noszą modne garnitury, jeżdżą drogimi czterośladami, ale spróbuj tylko biedny rolniku znaleźć się w orbicie ich zainteresowań… Zaraz zamieniają się w krwiożerczych kapitalistów, wyłowią za bezcen twą rolniczą ojcowiznę, gdzie od wieków kwitł jeno rzepak, po czym przemianują ją na działkę budowlaną na której od razu wybudują apartamentowiec z najtańszych materiałów i zarobią na nim grube miliony. Po czym znikną. A smród pozostanie.
Z taki oto psubratami przyszło mi wejść w sojusz…

Deweloperzy zadziałali szybko. Kilka niewinnych ściem w budżecie obywatelskim, kilka kopert wsuniętych pod stołem urzędnikom krakowskiego ratusza i udało się ograniczyć teren bytowania Modraszka do samych Łąk usuwając go z wznoszących się na wschodzie wapiennych wzgórz Zakrzówka. Tam właśnie – na Zakrzówku - okopałem się w dawnych okopach Twierdzy Kraków. W Szańcu FS-29 zbudowanym przez Austriaków półtora wieku temu. To w tym szańcu sam cesarz Franciszek Józef wraz ze swymi żołdakami odpierał zaciekłe ataki modraszkowego robala. Teraz to moje miejsce obrony. Franciszka dawno już nie ma. A Modraszek ma się wciąż dobrze…

Zakrzówek. Zalew w dawnym kamieniołomie, gdzie niewolnicy i zbrodniarze wydobywali złoto tych ziem – wapień. I porastający wzgórze las, poprzecinany ścieżkami, noszący miano Parku Twardowskiego. A także jednostka wojskowa. Super tajna. Czasem żołnierze przychodzą w cywilu do naszego sklepiku na Sodowej, gdzie zaopatrują się w surowy wojskowy prowiant – czipsy i browarek. Gdy się posilą pokrzykują nieskładnie o tym, że służą w supertajnej jednostce wojsk specjalnych, po czym lekko się chwiejąc wracają do jednostki. Zwykle dość mocno u nas wieje. Taka skromna małopolska husaria.

Legenda głosi, że na Zakrzówku ukrywał się sam mistrz Twardowski. Przed żoną. To tutaj jest jego słynna grota gdzie uprawiał swe kosmate kawalerskie harce. Dziś jaskinię tą eksplorują grotołazi. Korytarzyki mają ponoć pół kilometra… Nikt nie wie co i kto kryje się w dolnych salach jaskini... Czasem dochodzi stamtąd nerwowy chichot. Ja wiem, że ukrywa się tam sam diabeł. Przed żoną Twardowskiego.
Twardowski był czarownikiem. Przez kilka wieków figlował w Europie i Ameryce, by w końcu w XX wieku objawić się światu jako Elvis Presley śpiewając Blu Słid Szius. To dlatego główna aleja Parku nosi nazwę Elvisa Presleya. Presley w języku Komanczów oznacza Twardy. Elvis Twardowski. Ostatecznie Elvisa Twardowskiego pokonał potworny robal Modraszek – do dziś można ujrzeć wtopioną w karbonit twarz Elvisa u bram alei. Modraszek załatwił go metodą na Hana Solo: zamroził go w karbonicie. Jak mówią tubylcy z Praskiej – Elvis obudzi się gdy w Krakowie nie będzie smogu, Wisła będzie krystalicznie czysta, a prezydentem przestanie być Majchrowski.

Udało się obronić Zakrzówek przed robalem, ale Łąki wciąż są nawiedzane przez to monstrum. Dodatkowo w walkę wmieszali się deweloperzy, a nawet sam Ratusz. Konflikt zatacza coraz szersze kręgi. Wystarczy iskra aby ta beczka prochu wybuchła niczym terrorysta w metrze. Pamiętajmy że w każdej chwili do walki mogą włączyć się podchmieleni komandosi z supertajnej jednostki specjalnej. Ale najstraszniejsze nadejdzie dopiero wtedy, gdy do wojny przyłączy się żona Twardowskiego. Wtedy nadejdzie apokalipsa.
Howgh

sobota, 20 sierpnia 2016

Kraków Podgórze. Cz.1 Łąki i Górka Pychowicka


Motto:
 „Tak głupio i ja potrafię, powiedziałem sobie. I zacząłem”
Marek Hłasko „Piękni Dwudziestoletni”


Kraków. Miasto królów Polski. Druga po Wiślicy stolica kraju Wiślan. Druga po Gnieźnie stolica Polski. Drugie najchętniej wybierane przez proletariackich Angoli miejsce na wieczór kawalerski (pierwszym jest podlondyński burdel w Welwyn). Ale pierwszy polski student 600 lat temu to właśnie tutaj a nie gdzie indziej zapijał po pierwszym polskim kolokwium. I to tutaj Naczelnik składał swą przysięgę, a Marszałek stąd wyprowadzał Legiony. Obaj – aby wpier…l spuścić Ruskim.
Podgórze. Dzikie tereny przyłączone do Krakowa przez Juliusza Lea, 40 lat przed Nową Hutą. Obecnie dzielnica Krakowa. Idąc od mostu Dębnickiego w górę Wisły na zachód mija się z lewej strony wapienne wzgórza Parku Twardowskiego. Za wzgórzem jest dolina którą do Wisły wpływa niewielki strumień bez nazwy, wysychający gdy lampa przygrzeje. Tu pomiędzy wzgórzami Parku Twardowskiego i Górką Pychowicką jest osiedle Pychowice. Mój dom. Od sześciu lat. Miejsce gdzie zalągł się jakiś robal ze skrzydełkami, uniemożliwiając deweloperom wykupienie ostatniego zielonego skrawka po tej stronie Wisły, ponieważ ekoterroryści zagrozili zamachami samobójczymi: chcieli powiesić się przed urzędem miasta.
Wyprawa w dzikie tereny ma swoje prawa. Należy zawsze mieć latarkę, scyzoryk i kabanosa. Zwłaszcza kabanos jest nieoceniony. Również na zagraniczne podróże, gdzie za obiad płaci się dewizami. Nieodzowne są również skarpety. W grubą frotę. Czy jak to się tam nazywa. No i sandały. Niezbędnik wędrowca. Oczywiście jeszcze denaturat. Aby rozpalić ogień i ugotować upolowanego robala ze skrzydełkami. Na wszelki wypadek do kieszeni sztruksów wsuwam banknot z wizerunkiem Mieszka Pierwszego. Grubsza kasa zawsze może się przydać. Jeszcze tylko zastrugany kołek, który ukradłem Niemcom z parawanu na plaży. Jestem gotowy.
Najpierw kierunek zachód. Cel: Pychowickie Łąki, rozciągające się niczym Dzikie Pola między kampusem UJ, Pychowicami i Skotnikami. Ostatnie tereny Krakowa nie tknięte ludzką stopą. Tereny na których żyje potworny robal ze skrzydełkami, którego boją się nawet deweloperzy. A wiadomo że oni nie boją się nawet bożego gniewu… Ostatnie ślady ludzkie nie należą do gatunku ludzkiego. Długo i wnikliwie badałem te ślady. To prawdziwy cud, że w nie nie wdepnąłem. A więc bywają tu psy…
Widziałem, że przede mną tereny te badali dyrektor Teatru Ludowego, a obecnie poseł na seym z opozycyjnej partyji, oraz były prezydent miasta Lasotta. Lasotta nie jest już prezydentem, a partyja dyrektora Teatru przegrała wybory. Robal z pychowickich łąk jest skuteczny. I ma długie macki… Jedynymi traperami których można tu spotkać są nieco chwiejący się studenci z kampusu. Wiatr wieje tu naprawdę mocno.
Robal zaatakował mnie znienacka w samym sercu łąk. Niczym mister Neo Anderson z misterem Smisem, tak ja podjąłem heroiczną walkę. Niestety. Przegrałem... Musiałem uciekać do lasu który porasta Pychowicką Górkę. Tam przegrupowałem się i postanowiłem wejść na szczyt aby zlustrować teren i przygotować się do dalszej walki.
Górka Pychowicka.  267 metrów nad poziomem Bałtyku, czyli 247 metrów nad poziomem morza… A każdy metr okupiony potem i męczarnią… Wreszcie osiągnąłem szczyt i moim oczom ukazały się dzikie dzikie pychowickie łąki a dalej Skotniki i kampus oraz złowrogi betonowy i zakorkowany Ruczaj. Dla uspokojenia serca zagryzłem kabanosa i spojrzałem na północ w dolinę Wisły oraz na wzgórza z drugiej strony – cywilizowane Sikornik i Sowiniec z kopcami Piłsudskiego i Kościuszki…  Tę rundę robalu wygrałeś. Ale to jeszcze nie koniec... Jak powiedział Piłsudski: "Być zwyciężonym i nie ulec - to zwycięstwo. Zwyciężyć i spocząć na Laurach - to klęska".
Na tych bezludnych ziemiach o żadnej Laurze nie mogło być mowy, a spotkać jednocześnie dwie Laury - zakrawa na nieprawdopodobieństwo.  Spocząłem więc po prostu na trawie...
CDN

środa, 10 sierpnia 2016

Elegantia Galia

Elegantia Galia

Biały dym... Kojarzy się z konklawe i gromkim okrzykiem "Habemus Papam". Zaś gdy wydobywa się z rury wydechowej mojej wiernej Meganki, może oznaczać tylko jedno... Występuje spalanie oleju. Objaw ów dostrzegłem, gdy za moim pojazdem zaczęli dreptać biskupi.
Pierścień na męskim ręku określa stan cywilny. W dosłownym tłumaczeniu oznacza: "niestety - żonaty". Natomiast uszkodzony pierścień na jednym z czterech cylindrów mojej wiernej Meganki oznacza poważne kłopoty...
Tak moi dr...odzy. Zły los nie przestaje prześladować biednego wędrowca. Silnik jest do wymiany.
Choć moja wiedza na temat silników mechanicznych opiera się na starym przedwojennym podręczniku, napisanym przez niejakiego Brzechwę (nosi tytuł "Lokomotywa") to wiem jedno:
Nigdy więcej Francuzików!
Reno. Megan. Elegantia Galia, czyli elegancja Francja.
W tym przypadku raczej franca. Syfilis, tryper i rozluźnione mięśnie kegla. Z czym kojarzy się Francja?... Z Rewolucją. Z winem. Oba czynniki wystąpiły w tym cholernym francuskim pojeździe. W silniku wystąpiła rewolucja a wina... wina leży po stronie tych cholernych francuskich producentów. 117 tysięcy przejechanych szosami i traktami kilometrów! Każdy normalny samochód przejechałby jeszcze 3 razy tyle! Każdy - ale nie Francuz...
Nie w smak mu nasze polskie drogi. Zapewne za mało sera ładowałem mu do chłodnicy. Jakby francuski piesek spojrzał na mnie swą smutną mordką i powiedział: "mesje, chcę kupkę".
Podsumowując:
... albo nie. Jest jeszcze przed 22:00, a moje podsumowanie wymagałoby złamania zasad jakimi winien posługiwać się dżentelmen. Zwłaszcza przy dzieciach.
Dobranoc


PS. Wkrótce pierwsza część przewodnika po Krakowie.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Zbrodnia w pensjonacie Wrzos. Część IV ostatnia

Część IV

Rankiem, po śniadaniu uregulowałem opłatę z najdroższy apartament w pensjonacie Wrzos. Astronomiczna suma 60zł za osobę + 4 zł opłaty klimatycznej (naliczanej ze względu na niedalekie Czechy i ich pole siłowe) nie powaliła mnie. Dostałem ze stolicy spory zastrzyk gotówki, który rząd uzyskał zaoszczędzając na podwyżkach dla emerytów. Odpaliłem silnik mojego auta-amfibii i wyruszyłem na północ przez Kłodzko i Niemczę gdzie polscy wojowie Bolesława spuścili niegdyś Niemcom solidny wp…ol. Kierunek: Wrocław.
Wrocław… Stolica Dolnego Śląska. Żyje tu ponad 635 tysięcy tubylców z plemienia Dolnych Ślężan. Dwoje z nich jest moimi przestępcami. Miasto jest zbudowane na przecięciu dwóch szlaków – Bursztynowego (muszelkowego) oraz Via Regia – szlaku handlowego ciągnącego się przez całą Europę z Hiszpanii aż po Rosję. Gdy osiem wieków temu Mongołowie Dżingis Chana lecieli na Legnicę aby spuścić nam srogi wp…ol, ominęli Wrocław ponieważ na niebie pojawiło się jakieś dziwne zjawisko. Jak myślę był to charakterystyczny kształt chmury w kształcie genitaliów, który mnie również udało się swego czasu sfotografować, a który dla Tatarów jest przerażający. 300 lat temu ostatecznie stare słowiańskie miasto dostało się w szpony naszych sąsiadów zza Odry z trupimi główkami na czapkach… Odzyskaliśmy je dopiero 70 lat temu i odtąd trzymamy je mocno.
Moim kontaktem we Wrocławiu był doktor X, a lokal kontaktowy umiejscowiony był w południowej dzielnicy miasta. U niego uzyskałem informację, że poszukiwana przeze mnie dwójka przestępców ma umówione spotkanie w rotundzie Panoramy Racławickiej.
Jakże perfidnie.
A więc to tam. Przy najsłynniejszym obrazie batalistycznym na świecie, o którym sam cysorz Franciszek Józef powiedział: „O kur… Imponujące.” Tam zakończy się wreszcie moje śledztwo…
Jak mówi stare polskie przysłowie – gdy jednocześnie zaatakują nas Niemcy i Ruscy, powinniśmy najpierw bić Niemców, ponieważ: najpierw obowiązek, później przyjemność. Obraz przedstawiający jak nasi biją Rusów pod Racławicami wbija w dumę każdego Polaka. A nad wszystkim wielki i wspaniały, ekskomunikowany przez papieża, jedyny, wielki i wspaniały Naczelnik w historii Polski (to znaczy do niedawna jedyny, bo mamy już kolejnego). Kościuszko. W chłopskiej sukmanie. Nam Krakusom szczególnie bliski, u nas wszak na Rynku składał przysięgę, u nas na Sikorniku jest Jego kopiec. Gdy Panoramę Racławicką przenoszono ze Lwowa, sprytni przekupieni przez Wrocławian konduktorzy nie zatrzymali pociągu na dworcu w Krakowie i przelecieli jeno z gwizdem parowozu. Tak właśnie Panorama trafiła do Wrocławia.
Bilet kosztuje 30 zł. Dla Ruskich 30 Euro. Chyba że powiedzą: „Krym jest Tatarski”. Czechom – na wszelki wypadek – wstęp wzbroniony. Aby namierzyć przestępców musiałem wtopić się w tło. Jako zawodowy detektyw muszę być mistrzem kamuflażu. Przebrany w chłopską sukmanę, trzymając postawioną na sztorc kosę, ustawiłem się pod obrazem, na lewo od krzyża w miejscu gdzie kosynierzy szturmowali ruskie armaty. Za moimi plecami Kościuszko wskazywał cel ataku. Stałem się niewidoczny. Poczułem dreszcz i zapach krwi i prochu. Gdy jestem zbyt blisko sceny batalistycznej zawsze tak reaguję. W ostatniej chwili powstrzymałem się aby nie zakrzyknąć: "Wiwat Kościuszko! Śmierć Ruskim i biskupowi Massalskiemu!"
Nagle, punktualnie o godzinie 16:00 w rotundzie pojawiła się krępa kobieca postać w chuście na głowie i ciemnych okularach. Chwilę po niej pojawił się szczupły mężczyzna w nienagannym garniturze i niemieckim hełmie z czasów II wojny światowej, spod którego widać było modnie przycięte rude włosy. Obie tajemnicze postacie niby przypadkiem oglądając Panoramę zbliżały się do siebie. Wreszcie stanęły ramię w ramię tuż przede mną. Ujrzałem jak ich dłonie się złączyły i usłyszałem męski namiętny szept … Zamarłem ze zgrozy. A więc prawda jest bardziej przerażająca niż myślałem…
Byłem już martwy...
Męski szept brzmiał znajomo dla każdego Polaka. Każdy Polak rozpoznawał od razu charakterystyczne „r” wymawiane tym głosem… Każdy wiedział że dziadek tego jegomościa służył w Wermachcie i stąd ten niemiecki hełm na jego rudej głowie… Każdy wiedział, że jego aktualny dom jest w Brukseli. Ale najstraszniejsze było imię, które męski szept wyjawił. Imię straszne i kojarzące się ze świstem mieczy zakapturzonych postaci na bliskowschodnich pustyniach.
Szept brzmiał:
- Do khoćset… Angela… Iś libe diś.
Tak… A więc to prawda. Angela i Donald mają potajemny romans. Polska i Niemcy. Nasz polski Donald, postawiony przed strasznym dylematem niczym krakowska Wanda która skoczyła 3 kilometry z kopca pod kombinatem do Wisły, ugiął się i oddał niemieckiej zdobywczyni. Upojny łikend spędzony w Sudetach Środkowych, w Kudowej Zdroju miał być tajemnicą. Straszną tajemnicą. Niestety zgubiła ich niefrasobliwość. Podczas baraszkowania w męskiej ubikacji popełnili śmiertelny błąd. W miłosnym uniesieniu jedno z nich napisało na ścianie: Andrzej Dupa…
I to ich zgubiło…
Tajemnica była rozwiązana.
Opuszczałem Wrocław z mieszanymi uczuciami. Komplet zebranych przeze mnie dowodów zgubiłem co prawda od razu - wypadł mi już na pierwszych bramkach na A4, ale postanowiłem, że sprawę przekażę werbalnie bezpośrednio do ogólnopolskiej telewizji ministra Kurskiego, czyli do Kurwizji oraz do samego Adama Michnika, a sam ulotnię się do jednego z egzotycznych krajów – prawdopodobnie na Słowację. Muszę zniknąć na jakiś czas. Nie jestem bezpieczny. Jestem jedynym posiadaczem tajemnicy Donalda i Angeli i jej ciężar mnie przytłacza. Ciężar tajemnicy. Nie Angeli. Jadąc autostradą na wschód nerwowo spoglądałem w lusterko wsteczne.
Nagle… W lusterku ujrzałem za sobą czeską Skodę z dwoma osobami na pokładzie. Po skafandrach zorientowałem się że to Czesi – nie mogą oni za długo oddychać poza swoim krajem a u nas w Polsce nie ma winietek. Zza szyby skafandra rozpoznałem twarz jednego z nich. To Cypisek, zawodowy zabójca czeskiego wywiadu… A więc rozpoczyna się gra o życie. Jestem gotowy.
Ale to już całkiem inna historia…
KONIEC

Zbrodnia w pensjonacie Wrzos. Część III

Część III

Nazywam się Maroł. Filip Marloł. Teraz już tylko tego jestem pewien. Dotąd sprawa posiadała wymiar powiatowy. Po ingerencji z samej Warszawy, gigantycznej metropolii Rzeczypospolitej, wielkiej niczym dzielnica Szanghaju, zbrodnia osiągnęła wymiar krajowy, a nawet międzynarodowy…
Po dwóch dniach błąkania udało mi się wydostać z Błędnych Skał. Na szczęście nie na czeską stronę. Nie miałem wystarczającego zapasu tlenu, więc zginąłbym tam marnie. Zataczając się nie wiem nawet kiedy wdrapałem się na najwyższy szczyt Gór Stołowych, majestatyczny Szczeliniec (919m npm czyli 899 metrów nad poziomem Bałtyku). Głód i pragnienie wywołały omamy. Na szczycie ujrzałem Kwokę i Główę Konia… Zawrót głowy podciął mi nogi i stoczyłem się bezwładnie w dół, uderzając w końcu karkiem w jakąś skalną formację. Były to słynne sudeckie skalne grzyby – skały które pod wpływem złowrogiego pola siłowego wydzielanego przez niedalekie Czechy przybrały zdeformowane kształty. Wrzeszcząc histerycznie z przerażenia biegałem wśród tych skalnych potworów, aż wreszcie jakimś cudem trafiłem na powrót do Kudowej…
Doprowadziłem się jak zwykle do porządku, zjadłem wykwintny obiad w najdroższej kudowskiej restauracji o dźwięcznej nazwie Bar Mleczny na ulicy 1 Maja i poszedłem ponownie do Parku Zdrojowego aby nawodnić się Marchlewskim. Rozejrzałem się.
Kudowa gościła niejednego męża stanu… I żonę stanu. Na parkowych ławeczkach ujrzałem ministra Macierewicza grającego w karty z Michnikiem, Sylvio Berlusconi w Teatrze Pod Blachą opowiadał jakieś pocieszne facecje kilku młodym chichoczącym podlotkom, prezydent Kwaśniewski wraz z prezesem Kaczyńskim nalali sobie całą butelkę mineralnej (Marchlewskiego) – po czym już poza pijalnią dolali zdrowotną wodę do innej butelki wypełnionej już w połowie jakimś tajemniczym płynem i udali się w krzaki, prezydent Władimir Pupin wraz z prezydentem Erdoganem oraz Wiktorem Orbanem grali w salonowca nieopodal pensjonatu Zameczek, czemu przyglądał się leniwie opalający się nieopodal prezydent Obama, a prezydent Fransua Oland zajadał się zachwycony oscypkiem w Ogrodzie Muzycznym. Tylko premier Kamerun przechadzał się samotnie przestraszony, ignorowany ostentacyjnie przez wszystkich pozostałych. Kogoś mi w tym gronie brakowało…
Nazywam się Maroł. Filip Marloł. Teraz już tylko tego jestem pewien. Wątki plączą się i gubią w tej zataczającej coraz szersze kręgi sprawie.
W pensjonacie odnalazłem kolejne ślady. Pierwszy z nich to włos. Rudy, krótki i gruby męski włos. Schowałem go do portfela. Następnie niczym tropiciel śladów Old Szaterhend przebadałem raz jeszcze zaschnięte już ślady roweru. Po głębszej analizie doszedłem do wniosku, że były to dwa rowery. Jeden jechał za drugim. Zatem przestępców było dwóch… Sprytnie. I wreszcie ślad ostatni. Wpadłem na niego dzięki głodowi nikotynowemu. Grzebiąc w popielniczce w poszukiwaniu niedopałka, innymi słowy „pojary” czy też „kiepa” natknąłem się na dwa zmięte bilety lotnicze. Oba łączył jeden punkt docelowy – lotnisko we Wrocławiu. Jeden był z Brukseli, drugi… z Berlina. Na jednym z niedopałków papierosów zauważyłem ślad szminki.
Miałem dotąd w planach rozszerzyć śledztwo na Lądek Zdrój i Góry Sowie, a nawet na stolicę tej ziemi – Kłodzko, jednak po ostatnich rewelacjach mój siódmy zmysł detektywa skierował mnie prosto do samej potężnej stolicy Dolnego Śląska. Kolebkę kultury, prastare biskupstwo i największe skupisko Łemków w całej Rzeczypospolitej.
Do Wrocławia.
Ostatni wieczór w pensjonacie Wrzos, spędziłem znowu z butelką whisky i cygarem, porządkując w głowie to co udało mi się ustalić w śledztwie. Guma Donald. Rudy włos. Dwa lotnicze bilety z Brukseli i Berlina. Ślad dwóch rowerów. Ślad damskiej szminki na niedopałku. Niedojedzona parówka… Cykliści i wegetarianie… Andrzej Dupa…
Osiemdziesięcioletnia apsztyfikantka zapytała grzecznie czy może się dosiąść. Udałem że jestem Niemcem i odparłem z hamburskim nienagannym akcentem:
- Ja nie panimaju…
Po czym uśmiechając się niepewnie oddaliłem się do swego pokoju. To ja już wolę Czechów.