poniedziałek, 31 października 2016

Misja Europa. Odcinek dziewiąty.

Kochani.
Odkryłem rzecz bardzo ciekawą. Otóż Francuzi nie wymawiają litery „H”. Hawr to dla nich „aw”, du Hoc to dla nich „du ok”, a Hugenoci to „Iżeno”. Skąd się to bierze? Otóż chodzi o ser. Jedząc od niemowlęcia stare, śmierdzące i zapleśniałe sery Francuz zniekształca sobie podniebienie, co uniemożliwia mu wypowiadanie po ludzku litery „R”, zaś wymówienie literki „H” w ogóle staje się dla niego nieosiągalne. Przez wrodzoną delikatność i dyplomatyczny takt nie wspomnę o zapachu, który roztacza się beztrosko po okolicy, gdy Francuz otwiera lodówkę, zwykle pełną serów… Smród ów ma tak potężną moc, że niemal materializuje się w cielesną postać. Wcielenie to, przypomina wówczas nieco ministra Błaszczaka…
Jest to wspólna cecha każdego Francuza niezależnie od regionu. Zatem tak samo jest w Normandii. Ale jest to jedna z nielicznych cech, które łączą Normanów z Frankami. Mieszkańcy Normandii z dumą podkreślają swoje pochodzenie i wyróżniające je atrybuty. Przede wszystkim szczycą się pochodzeniem od Wikingów: klub hokejowy z Ką nosi dumną nazwę Drakkars de Caen, w miasteczkach widać dużo nazw i reklam nawiązujących do normańskiej przeszłości. Przeciętny Norman wygląda normalnie – tylko maleńkimi akcentami przypomina o swym pochodzeniu - nosi długą brodę i włosy, zaś w ręku dzierży solidny topór.
Kolejną cechą wyróżniającą Normandię są słynne Bukaże, czyli żywopłoty, które zmyślni Normanowie potrafią wyhodować chyba ze wszystkiego. Tym, co je wyróżnia jest jednak ich wysokość. Niektóre osiągają ponad dwa metry. Cała Normandia jest nimi pocięta wzdłuż i wszerz. Przeciętny mieszkaniec nie zwraca na nie uwagi, ale obcokrajowca od razu wali to po oczach. Niejeden raz stawałem w ich cieniu… pogwizdując i patrząc w niebo… Po czym zapinałem spodnie i jechaliśmy dalej.
We Francji bywam regularnie. Co 17 lat. Ostatni raz byłem tutaj stopem w 1999 roku – zjechałem wówczas w rockandrollowej włóczędze całą południową część kraju Franków, od Paryża poprzez La Rochelle aż po Lazurowe Wybrzeże. Teraz był raz drugi. Tym razem przyszedł czas na zbadanie północy.
Lądowanie w Normandii to była ciężka sprawa.
Plaża Juno
My wylądowaliśmy na plaży Juno, gdzie w czasie wojny desantowano 15 tysięcy kanadyjskich żołnierzy z 3 Dywizji Pancernej. Wietrzne i malutkie miasteczko Saint Aubin Sur Mer, przytulone do morza, z wąskimi uliczkami i domkami o charakterystycznych białych normańskich kamiennych ścianach, nad którym unosi się ostry zapach alg zalegających plaże, mały deptak nad morzem i kilka knajpek, gdzie serwuje się ulubiony przysmak zarówno turystów jak i mieszkańców – małże w winnym lub czosnkowym sosie, z belgijskimi frytkami w majonezie, oraz najwspanialsze na świecie, normańskie cydry. I oczywiście słynny jabłkowy bimberek Calvados. Wśród turystów przeważają Brytole, Kanadyjczycy i Niemcy. Hamburgery się tu raczej nie zapuszczają – ich interesują bardziej oddalone na zachód plaże, na których lądowały wojska USA, czyli Utah i słynna Omaha.
My zamieszkaliśmy w uroczym domku oddalonym kilkanaście metrów od morza, z pięknym
Plaża Omaha
widokiem na plażę i morze. Korzystaliśmy z gościny naszych wspaniałych przyjaciół: Iwonki i Oliviera, którzy byli więcej niż bardzo gościnni. Wyśmienity normański cydr, wina, piwa i słynny Calvados lały się strumieniami wśród różnych gatunków sera i oliwek, którymi raczyli nas gościnni gospodarze. Zarówno Iwonka jak i Oli, który jest wykładowcą na uniwersytecie w niedalekim Caen, pomagali nam ustalać trasy wycieczek, wskazywali najbardziej interesujące punkty i nieraz dyskutowaliśmy do późnej nocy na przeróżne tematy, śmiejąc się i pijąc. Mam nadzieję, że nie naprzykrzaliśmy im się zbytnio – całe dnie spędzaliśmy na normańskich i bretońskich drogach i nieraz wracaliśmy późnym wieczorem. W każdym razie nie dali nam tego odczuć w najmniejszym stopniu. Czuliśmy się zaopiekowani i wspaniale ugoszczeni. Pierwszego wieczora poszliśmy na lekką kolacyjkę w knajpce nad morzem, z kilkoma lampkami wina i obchodziliśmy urodziny Oli’ego, a później doprawiliśmy się w domu cydrem. Rankiem mieliśmy rozpocząć objazd Normandii.
Przygotowałem ciepłe skarpety - był już wszak październik. Sandały wystawiłem na ganek. Pod łóżkiem ukryłem kołek i kilka główek czosnku - wiecie, na wszelki wypadek. Byłem podekscytowany...
Jedynym co psuło mi nastrój był brak Luidżi'ego...
CDN

Misja Europa. Odcinek dziesiąty.

Nie znając francuskiego ani w ząb, sandałowy włóczęga musi sobie jednak jakoś radzić. Mapy Montgomery’ego i Patrona niewiele wyjaśniały poza usytuowaniem niemieckich dywizjonów. Musiałem zatem zdać się na pomoc tubylców. Następujący miks: "Ekskiuzimła madmuazel" + nazwa miejscowości + zachęcająco kretyński wyraz twarzy – oto sekret sukcesu. Zwykle następował po tym potok francuzczyzny, której nadal nie rozumiałem ani w ząb, ale w jakiś magiczny sposób dopingowało mnie to, aby w końcu trafiać we właściwe miejsce.
Plaża Juno. Dom wyzwolony przez Kanadyjczyków.
Pierwszy dom wyzwolony podczas D-Day.
Niczym generał Rómmel podczas inspekcji Wału Atlantyckiego przede wszystkim zaplanowałem obejrzenie tej części wybrzeża normandzkiego, na którym lądowały wojska aliantów podczas D-Day. Przygotowałem się uprzednio – przeczytałem „Najdłuższy Dzień” Ryana i „D-Day” Beevora i skonfrontowałem tą wiedzę z „tubylcem” czyli Olivierem, który wskazał mi najważniejsze punkty.
Historia tej części wybrzeża jest bardzo ciekawa. Z tych samych plaż tysiąc lat temu wypływał Wilhelm Zdobywca, aby spuścić wp…ol Angolom. 400 lat później na tych samych plażach lądowały
Arromanches. Pozostałości tymczasowego portu z 1944 roku
zniszczonego przez sztorm
angielskie wojska Plantangenetów, aby spuścić wp…ol Francuzom. Przy tych samych plażach odbyła się w 1811 roku bitwa morska pod Arromanches między flotą Napoleona a flotą Angoli, w której Angole dostali wp…ol. I tak w koło Macieju.
Cmentarz Amerykański nad plażą Omaha.
W tle tysiące krzyży
W D-Day chodziło wyjątkowo o spuszczenie wp…olu Niemcom. Desant na północne plaże Normandii w 1944 roku, w ramach operacji Overlord wyglądał następująco: na zachodzie lądowali Hamburgery na dwóch plażach (Utah i Omaha), idąc na wschód na kolejnych trzech plażach (Gold, Juno i Sword) lądowali Brytole (Angole, Szkoci, Irlandczycy i Walijczycy) i Kanadyjczycy. Operację zaplanował Montgomery, ambitny kurduplowaty pierdoła z manią wielkości, o piskliwym głosiku kastrata. Największy wp…ol zebrali amerykańcy na plaży Omaha, natrafiając na potężne doborowe siły szkopów – można sobie to wyobrazić oglądając początkowe sceny „Szeregowca Ryan’a”, zaś Niemcy dostali najbardziej w dupala właśnie na „naszej” plaży Juno. Skubani Kanadyjczycy posunęli się najdalej w głąb lądu ze wszystkich jednostek walczących podczas D-Day. Oglądnęliśmy sobie pokryty malunkami czerwonych klonowych liści dom – pierwszy dom wyzwolony przez alianckie wojska podczas tej operacji. Wyzwolony właśnie przez Kanadyjczyków, później wykupiony przez kanadyjski rząd i dziś oficjalnie stanowiący własność Kanady.
Point du Hoc - system umocnień zdobyty przez
amerykańskich Rangersów podczas D-Day
Jak zwykle tam gdzie jest zadyma, są i Polacy. Co prawda nasze wojska nie uczestniczyły w desancie podczas D-Day, ale za to nad głowami walczących latało aż 11 polskich dywizjonów, zaś na morzu liczne okręty Polskiej Marynarki Wojennej transportowały żołnierzy, ostrzeliwały wybrzeże i broniły desantu (ORP Dragon, ORP Krakowiak, ORP Ślązak, ORP Błyskawica, ORP Piorun, MS Batory, MS Sobieski i 11 pomniejszych jednostek). Dopiero w późniejszej fazie walk do akcji weszła 1 Dywizja Pancerna generała Maczka, zaś spadochroniarzy Sosabowskiego zrzucono 3 miesiące później w Holandii, na zatracenie w kretyńskiej operacji Market Garden, właśnie na ten ostatni most w Arnhem („O jeden most za daleko”). A propos Market Garden - Angole jak to mają w zwyczaju, bezmyślnie zignorowali dokładne i profesjonalne dane wywiadowcze dostarczone przez holenderski ruch oporu, które krzyczały wręcz o tym, że w Arnhem są zgrupowane ogromne siły niemieckie i poklepywali się po plecach, uważając, że plan Montgomery’ego jest „wybitny” i „genialny”, a Niemców nie ma... I spadochroniarze wyskoczyli na zatracenie. Tą mentalność Angoli, która zmusza ich do stuprocentowego ignorowania niewygodnych faktów, doskonale znam z doświadczenia, pracując w anglosaskiej korporacji. W roli takiego właśnie spadochroniarza…
Plaża Utah. Najdalej wysunięta na zachód
plaża zdobyta przez wojska USA.
Wracając do Operacji Overlord. Do obejrzenia jest kilka kluczowych punktów. Oczywiście pięć plaż z pomnikami upamiętniającymi poległych żołnierzy (Utah, Omaha, Gold, Juno i Sword), następnie Arromanches – gdzie z wysokich klifów można oglądać resztki portu, który zbudowali Alianci po lądowaniu, a który został zniszczony parę dni później przez potężny sztorm, dalej Point Du Hoc – pionowy klif, na którego szczycie są pozostałości niemieckich bunkrów, zdobytych przez 250 osobowy oddział Rangersów, którzy odwalili najbardziej rockandrollowy atak podczas D-Day, wspinając się po linach na klif i następnie zdobywając szkopskie umocnienia – niemal połowa z nich zginęła podczas tego spektakularnego ataku.
Wzdłuż wybrzeża są liczne cmentarze wojenne, angielskie, kanadyjskie, amerykańskie i niemieckie (wśród tych ostatnich można często napotkać polskie nazwiska – Ślązaków wcielonych do Wermachtu) – ale najpiękniejszy z nich to cmentarz amerykański na porośniętych sosnami klifach nad plażą Omaha. Pierwsze sceny z „Szeregowca Ryan’a” nakręcono na tym właśnie cmentarzu. Spoczywa na nim 9387 amerykańskich żołnierzy poległych podczas desantu i w późniejszych walkach w Normandii. Jest wśród nich dwóch (z czterech) braci Niland, którzy zginęli w Normandii i których los posłużył Spielbergowi za fabułę filmu. Przepiękny widok na morze, tysiące krzyży i gwiazd Dawida, spokój i monumentalna cisza. Przypomina to mocno pomniki wojenne w Waszyngtonie przy Mauzoleum Lincolna. Na mnie największe wrażenie zrobił bezimienny grób. Spoczywał w nim poległy żołnierz amerykański. „Znany tylko Bogu”. Wszystko to skłania do refleksji i zadumy nad upośledzeniem ludzkiego gatunku.
Pomnik na Plaży Omaha. Najkrwawsza z plaż.
Wędrując pomiędzy tymi wszystkimi miejscami przejeżdża się przez pofałdowane łąki Normandii na których rosną drzewa jabłkowe i gruszkowe z których tubylcy wyrabiają cydr i Calvados, mija się miasteczka z wąskimi uliczkami zbudowane z charakterystycznego białego kamienia. Mija się winnice i wielkie żywopłoty, równiny i nadmorskie klify. Wystarczy by nasycić oczy co najmniej na rok.
Na koniec anegdotka opowiedziana mi przez Oliviera. Otóż na każdej z plaż na których lądowały alianckie wojska walczące z Niemcami łopoczą dumnie flagi antyniemieckich sojuszników: USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Kanady i Polski. Przyjaciel Oli'ego z Niemiec, który przechadzał się z nim kiedyś wzdłuż plaży Juno nie potrafił zrozumieć dlaczego wśród tych flag nie ma niemieckiej flagi...
Iga miała już serdecznie dość tej całej wojennej „martyrologii”, co wyraziła we właściwy sobie bezpośredni sposób, grożąc mi rozwodem, więc kolejne wycieczki zaplanowaliśmy już w inne, mniej militarne miejsca.
CDN

niedziela, 30 października 2016

Misja Europa. Odc. Pierwszy

Rodacy!
Stało się. Kolejny raz oderwano mnie od mojego pługa i maniakalnej uprawy rzepaku. Musiałem opuścić bezpieczny kraj ojczysty i wyruszyć poza granice… Otrzymałem kolejną misję od Rządu Najjaśniejszej. Cel – Europa Zachodnia. Misja: zbadać zgniły kapitalizm i komunizm, które jednocześnie zadomowiły się wśród krajów Zachodu, a także antypolski imperializm. Do tego sprawdzić kwestię uchodźców i czy aby na pewno Europa zachowuje swe tradycyjne wartości, czyli rasizm, ksenofobię i bezmyślny pozbawiony duchowości dewotyzm.
Misja trudna i śmiertelnie niebezpieczna. Czy worek czosnku i zastrugane kołki tym razem wystarczą? Nie wiadomo…
Na początek Włochy, wybrzeże Adriatyckie. Miejsce gdzie na studia jeździli Zamoyski i Żółkiewski. Aby dotrzeć do tego dalekiego i dzikiego kraju należy mieć słońce z lewej strony i twarz skierowaną na południe, następnie przebyć takie barbarzyńskie krainy jak kraj Husytów, a następnie ziemie należące do Cesarza Józefa, wreszcie pokonać alpejskie przełęcze i dotrzeć na wybrzeże Adrii.

Popas na trasie. Arnoldstein, Karyntia, Austria.
Jako profesjonalny włóczęga zaopatrzyłem się w mapy. W Polsce nie da się kupić mapy Czech, ponieważ Husyci maniakalnie bronią wiadomości o swym kraju. Zresztą i tak kosmicznych map nikt nie umiałby przeczytać. Ja użyłem starej mapy króla Sobieskiego, szlaku, którym prowadził wojska na odsiecz Wiednia, aby pokonać naszych naturalnych sprzymierzeńców przeciw Rosji i dopomóc naszym naturalnym wrogom, którzy trzy pokolenia później przyczynili się do zniknięcia Ojczyzny z mapy Europy.
Jak wiadomo Czesi pochodzą z kosmosu i aby przetrwać w ich kraju należy wykupić winietkę, inaczej umrzecie z powodu braku atmosfery. 75 złotych. Dwumiesięczna pensja… Mnie udało się przebyć Czechy niepostrzeżenie pośród ciemnej nocy, tuż pod nosem niczego nieprzeczuwających, złowrogich husyckich hejtmanów: Krteka, Rumcajsa oraz Pata i Mata. Leciałem na Ostrawę, Ołomuniec i wreszcie na Brno – czyli jak pisał Sobieski: Berną, gdzie nasz król zgrupował wojska przed ostatecznym skokiem na Wiedeń. Tuż pod Brnem są też słynne pola Slavkov, czyli Austerlitz, gdzie Napoleon spuścił srogi wp…ol Ruskim i Austriakom podczas Bitwy Trzech Cesarzy. Niestety nie miałem czasu na zwiedzanie – musiałem przemykać się chyłkiem dalej na południe ku granicy.
Włochy, Dolomity, Alpy. Niedaleko
stąd jest słynny szczyt Marmolada

Austro-Węgry to gorsza sprawa. Tu również obowiązuje winietka. 65zł. Dodatkowo gadają po niemiecku. Mapa Sobieskiego sięga zaledwie do Wiednia. Musiałem użyć opisu wyprawy Kanclerza Zamoyskiego i hetmana Żółkiewskiego, którzy podróżowali tym szlakiem na studia do Padwy we Włoszech, oddając się po drodze hulankom typowym dla studentów. Z tego powodu opis był dość frywolny i do tego ich szlak zahaczał często o wyszynki i domy rozpusty. Ale dałem radę. Minąłem Wiedeń oddając hołd polskiej Husarii i leciałem dalej na południowy zachód – na Gratz i Klagenfurt gdzie skręciłem na południe i wśród alpejskich dolin przekroczyłem granicę Italii. Wkrótce Alpy pozostały za moimi plecami, na północy a ja wjechałem na skąpane południowym słońcem adriatyckie równiny.
Rzymianie którzy opanowali te ziemie pobierają opłaty za autostrady zupełnie jak u nas. Za kilkadziesiąt ostatnich kilometrów na trasie Triest-Wenecja zapłaciłem potężne myto… Wreszcie dojechałem na wybrzeże. Miasteczko Caorle.
Zameldowałem się na kwaterze. Okazało się, że jest to najtańsza kwatera na całym adriatyckim wybrzeżu włączając również ceny w Albanii. 495zł za tydzień pobytu. Lokal z piętrem. Na terenie obiektu basen i plac zabaw… Do morza 500 metrów. Człowiek u którego wynajęliśmy kwaterę dłubał sobie wykałaczką w zębach okazując kolekcję złotych sygnetów na palcach. Wyrażał się wolno i z wysiłkiem. Co jakiś czas kiwał dłonią na stojącego obok wyżelowanego chudzielca o imieniu „Luidżi” i mówił do niego coś po włosku, na co Luidżi odpowiadał „Si, don Corleone”. Na koniec Don Corleone wstał, uszczypał mnie w policzek i kilkakrotnie poklepał mnie otwartą dłonią po twarzy. Zrozumiałem że jest to tradycyjne włoskie powitanie, więc uczyniłem to samo. Luidżi zemdlał…

Misja Europa. Odcinek Ósmy. Wciąż w drodze.

Kolonia, Niemcy
Rzymianie którzy wybudowali warownię nad Renem, nazwali ją Oppidum Ubiorum. Potem w średniowieczu, opanowali ją Frankowie i ostatecznie zajęli ją Germanie, którzy dzierżą ją do dziś z krótką przerwą na czasy Napoleońskie, gdy znów należała do Franków. W 1942 nadleciało tu  ponad 1000 bombowców RAF, które zrównały z ziemią znaczną część tego miasta. W sumie miasto bombardowane było przeszło 250 razy, dzięki czemu Adolf był permanentnie wk…wiony i stroszył wąsa. Niemcy jak to Niemcy. Niezwykle robotny lud. Szybko się odbudowali. Dziś jest to czwarte, co do wielkości miasto Niemiec. Mieszka tu około milion Germanów. Z racji bliskiej granicy z Belgią i jej francuskojęzyczną częścią, mieszkańcy Kolonii mają specyficzny akcent. Na przykład „R” wymawiają nieco podobnie do Francuzów. I ciężko im dogadać się z Bawarczykami. Ale komóż na tym świecie nie jest ciężko dogadać się z Bawarczykami?
W 1388 roku powstał tu pierwszy uniwersytet w kraju Germanów. Jak łatwo policzyć było to dwadzieścia kilka lat po utworzeniu naszej krakowskiej Akademii. Także kompleksów nie ma.
Kącik Dendrofila (Klub Dżepetto):
Informacje praktyczne: w Kolonii jest największe skupienie browarów w jednym miejscu na świecie. Jest ich dwadzieścia cztery. Słownie: dwadzieścia cztery. Żyć nie umierać.
Noc w Kolonii spędziliśmy po zachodniej stronie Renu, u uroczych Marysi, Benedykta i małej Sofii. Zjedliśmy pyszne śniadanie i około 10:00 byliśmy już w drodze. Mieliśmy do pokonania niemal 700 kaemów i trzy kraje …
Niestety dotkliwe rany zadane mi poprzedniego dnia przez snajpera,  uniemożliwiły zwiedzenie słynnej Katedry i najstarszego niemieckiego Uniwersytetu. Katedrę widziałem jedynie poprzedniego wieczora, z mostu na Renie. Nie ujrzałem zatem przerażającego krucyfiksu Gerona... I dobrze.
Waliliśmy wprost na zachód, na Akwizgran, przecięliśmy Linię Zygfryda blisko trójstyku granic Holandii, Belgii i Niemiec i znaleźliśmy się w Królestwie Filipa I. W Królestwie Belgów. W Królestwie najlepszych browarów na świecie… W Królestwie czekolady. Literki na tablicach rejestracyjnych zmieniły się z „D” na B”, a samochody zwolniły do przepisowych 120km.
Belgia.
To właśnie w Belgii wymyślono potrawę, którą Angole uważają za swój wynalazek, choć sami nazywają ją French Fries. Bardzo mi się podoba ta angielska logika, bo dostarcza mi wciąż sporej dawki dobrego humoru. Chodzi o fryty. Z majonezem.
Niepodległość Belgowie wywalczyli sobie w tym samym czasie, gdy my tłukliśmy się z Ruskimi w Powstaniu Listopadowym. W 1944 rozrabiał tu generał Maczek z 1 Dywizją Pancerną, tłukąc szkopów gdzie popadnie i wyzwalając Belgię u boku Monty’ego i Pattona.
Przecinaliśmy południową, walońską część Belgii, w której Belgowie mówią po Francusku. Lecieliśmy na Liege, miejscowość o swojsko brzmiącej nazwie Huy, następnie na Namur i Charleroi nieco na południe od pól Waterloo, bitwy w której Napoleon zgarnął srogi wp…ol i która utrzymała kajdany dla połowy Europy (co Angole, Prusacy, Ruscy i Austriacy nazwali dowcipnie „wyzwoleniem”), wreszcie na Mons i niezauważalnie przelecieliśmy granicę z Francją. Niczym hitlerowskie wojska, ominęliśmy linię Maginota i wdarliśmy się do kraju Franków od strony Belgii. Literka „B” znów zamieniła się na literkę „F” a samochody nieznacznie przyspieszyły. Byliśmy we Francji.
Francja

Point de Normandie - Most Normandzki
Kraj Franków podzielony jest na województwa które nazywają Regionami oraz na powiaty które nazywają Departamentami. Tuż przed naszym przyjazdem francuski rząd złośliwie zmienił podział administracyjny i pomieszał regionami, aby utrudnić nam drogę. Obecnie Francja ma 13 regionów. My wpadliśmy w najdalej na północny-wschód wysunięty region o nazwie Nord-Pas-de-Calais-Pikardia.
Waliliśmy przez pola bitwy Nad Marną, bitwy w której dzięki „odwadze” dowódców angielskich, francuskich i niemieckich zginęło 270 tysięcy żołnierzy. Pruliśmy dalej na Amiens, rodzinne miasto Julka Verne’a, zostawiliśmy za sobą Pikardię i wjechaliśmy do Normandii. Jechaliśmy na Hawr na wybrzeżu gdzie przejechaliśmy gigantycznym, najbardziej chyba w Europie monumentalnym mostem Normandii nad ujściem Sekwany, wreszcie dojechaliśmy do stolicy Normandii – Ką.

Widok na ujście Sekwany z Mostu Normandii
Ką na mapie opisane jest dla niepoznaki jako Caen. Miasto Wilhelma Zdobywcy, który tysiąc lat temu spuścił wp…ol Angolom i zagarnął ich ziemię w bitwie pod Hastings. Od tamtej pory przez setki lat angielskie elity mówiły tylko po francusku, zaś angielskim posługiwali się kmiecie – dlatego właśnie do dzisiaj Angole nie doprowadzili swego języka do cywilizowanego poziomu i nigdy nie wiesz czy, gdy mówią friend, chodzi im o „tego” friend czy o „tą” friend, co może doprowadzać do zaburzeń orientacji seksualnej. Zaś wieśniakami pozostali do dzisiaj, co możemy obserwować w piątkowe i sobotnie wieczory na krakowskim Rynku.

Normandzkie krajobrazy na północ od Caen w drodze na wybrzeże
Podczas lądowania aliantów w Normandii, samoloty RAF-u zrównały Ką z ziemią. Populacja z 60 tysięcy zmniejszyła się do 17 tysięcy Francuzów… Niemcy ucierpieli zaś w niewielkim stopniu. Wojna jest niezwykle romantyczna a Monty i Ike są do dzisiaj uważani za wybitnych strategów i odważnych „wojowników”.
Z Ką do wybrzeża jest zaledwie 20 kaemów. Byliśmy niemal u celu podróży. Wysłałem kartkę Luidżi’emu. Myślę, że się bardzo ucieszy. I mam nadzieję, że nie potłucze się podczas upadku…
CDN

środa, 12 października 2016

Misja Europa. Odcinek Siódmy. W drodze.

Szlak który musiałem przebyć jadąc na północ był więcej niż ciężki. Czekało na mnie 1000 kaemów przez góry i doliny.
W trasie. Włochy, Górna Adyga, droga na przełęcz Brennero
Podążałem na zachód przez Padwę i Weronę gdzie skręciłem na północ i jadąc wzdłuż potężnego jeziora Garda dobiłem do Trydentu i Bolano, gdzie zaczynały się już góry. Górna Adyga. Od pewnego czasu słyszałem za plecami dziwny syczący dźwięk… Co pewien czas jakiś cień zbliżał się do mnie ukradkiem. Dobiegały mnie dziwne słowa: „Mój skarb… Ukradli mi mój skarb”… W końcu z mozołem wdrapałem się na słynną alpejską przełęcz Brennero, punkt w którym Włochy stykają się z Austrią. Tutaj stanąłem na popas i udając, że przysypiam spoglądałem czujnie spod przymkniętych powiek… Syczący cień zbliżył się i na skalnej półce w tle księżyca ukazała się moim oczom twarz… Luidżi’ego. Złapałem go za rękę i ściągnąłem na dół. Zziębnięty i zakatarzony, wił się jak piskorz pokaszlując: „Gollum, Gollum”…
Związałem go wisiorkiem z weneckiego szkła i nakazałem mu prowadzić mnie dalej na północ, nie zważając na jego syczące krzyki: „To nas pali… pali nas”....

W trasie. Austria, Alpy
Za przełęczą były już ziemie cesarza Józefa. Alpejskimi przełęczami ruszyliśmy dalej na północ. W Insbrucku spotkałem się z oficerem łącznikowym, który zaopatrzył mnie w niezbędny sprzęt i ruszyłem dalej. Odbiłem na północny zachód i wkrótce stanąłem na granicy.
Spojrzałem przed siebie, ku północy… Mordor. Jedyne miejsce gdzie nikt nie chciałby się znaleźć, a do którego musiałem pójść. Westchnąłem, pociągnąłem Luidżi’ego i ruszyliśmy dalej. Byliśmy w Niemczech…
Sprawdziłem czy wszystko przygotowane: nienaganny ubiór oficera Wermachtu, dokumenty opiewające na fikcyjną postać Hans Klops i gładko ogolona japa… Byłem gotowy. Hans Klops… Odtąd dopóki przebywam w granicach Mordoru, to jest moje imię.
Mimo wszystko nie byłem bezpieczny… Gestapo deptało nam po piętach przez całą drogę. Cały czas czułem na karku gorący oddech Brunera… Nie byłem też pewny Luidżi’ego – czy w decydującym momencie nie wyda mnie w ręce Gestapo… W końcu Mussolini był w sojuszu z Hitlerem…
Szlak wiódł nas przez Bawarię ku miastu Ulm skąd pochodził słynny Johann Gambolputty de von Ausfern- schplenden- schlitter- crasscrenbon… itd. of Ulm. Niestety nie miałem czasu na zwiedzanie rodzinnej rezydencji herr Johanna Gambolputty de von Ausfern- schplenden- schlitter- crasscrenbon… itd. of Ulm.. Musiałem przemykać dalej ku północy. W Bawarii wciąż jeszcze widać było zniszczenia, których dokonał polski byk przyprowadzony przez kanoniera Dolasa.
To właśnie tam - w Bawarii Gestapo zastawiło na mnie pierwszą pułapkę. Potężny kilkunastokilometrowy korek w którym bawarscy obywatele stali w najwyższym ordnungu. Na szczęście byłem wyposażony w najnowszy japoński gie-pe-es. Zjechałem z głównej drogi i przemknąłem lasami. Udało się…
Podążałem w coraz większym napięciu na Stuttgart, Karlsruhe, Wormację, cudem przemknąłem tuż pod nosem dywizji Guderiana między Frankfurtem i Moguncją, a następnie skierowałem się na Koblencję i złowrogą stolicę Republiki Federalnej Niemiec: Bonn, gdzie urzęduje Sauron ze swoim charakterystycznym wąsikiem. Tutaj zwolniłem Luidżi’ego, odbierając od niego przysięgę, że wróci do swych rodzinnych stron, wyleczy katar i będzie nadal wzorowym pracownikiem don Corleone. Na pamiątkę dałem mu wisiorek z weneckiego szkła i z zadowoleniem obserwowałem jak tańczy wesoło trzymając w dłoniach to badziewie i syczy „Mój skarb! Mój Skarb!”
Poprawiłem mundur, strzepnąłem pyłek z wyglansowanych oficerek (sandały musiałem ukryć na dnie bagażu – wszak Gestapo od razu by mnie rozpoznało) i ruszyłem przed siebie aby pokonać ostatni odcinek drogi. Przede mną zarysowały się mury wspaniałego starożytnego miasta. Kolonia…
Był późny wieczór. Mrok i deszcz. Miałem za sobą 1000 kaemów. Po całym dniu kluczenia i ukrywania się przed Gestapo, byłem śmiertelnie zmęczony. I wtedy mnie załatwili…
Niemiecki snajper z dywizji Herman Goring ustrzelił mnie zaledwie kilka kaemów od celu… Polska dusza i ułański honor nie pozwalał mi jechać 60, gdy było ograniczenie 60. Jechałem 79… Trzydzieści Euro psu w d…
C.D.N.