wtorek, 30 sierpnia 2016

Kraków. Pięć kopców

My Krakusy lubimy sypać kopce… Dzięki temu, zwiedzanie Krakowa można ogarnąć w kilka godzin. Wystarczy dotrzeć do pięciu kopców usytuowanych w strategicznych miejscach miasta i obejrzeć sobie całe miasto. Z góry. I z każdej strony.
Pierwszy kopiec, to kopiec który nie istnieje. Kopiec Esterki. W okolicach Stadionu Wawel. Z ziemią zrównali go dziarscy wojacy z Ludowego Wojska Polskiego w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Na zarzuty zszokowanych Krakusów ich dowódca odparł wówczas rzeczowo: „jak tak bardzo wam na tym zależy, możemy go wam usypać z powrotem…” Esterka była piękną, żydowską kurtyzaną ostatniego wielkiego Piasta – króla Kazimierza. Krakusi ją kochali. Bardziej niż króla – jemu wszak kopca nie usypali… Być może nie tylko Kazimierz korzystał z jej wdzięków... W ówczesnych czasach nie było jeszcze ONR-u i Polacy mogli spokojnie sypać kopce dziewczynom z mojżeszowego narodu.
Drugi kopiec, to kopiec Wandy. Wandy co nie chciała. Królewna Wanda pochodziła z Huty. Tak kochani. To prawda. Królewna układając wraz ze swym ojcem królem Krakusem plan rozwoju przestrzennego miasta, zaplanowała rozbudowę dymarek na położonych na wschód od grodu czarnoziemach. Chciała uruchomić produkcję stali, w celu dozbrojenia swych wiślańskich wojów, albowiem zły niemiecki faszysta wyraził chęć zawarcia z nią związku małżeńskiego, w razie odmowy grożąc wojną. A Wandzie nigdy nie podobał się idiotyczny wąsik i kretyńskie zaczesanie na lewo. Poza tym organicznie nie cierpiała faszystów i narodowców. Jak Piłsudski.
Niestety starzejący się Krakus nie domagał już umysłowo i nie zawsze zdążał do wygódki, ponieważ hulaszczy tryb życia który uprawiał swego czasu, po pokonaniu groźnego smoka spowodował uszkodzenie mózgu w rejonie Robaka. Z tego też powodu ostatecznie pomysł rozbudowy średniowiecznego kombinatu został zarzucony i powrócono do niego dopiero w tysiąc lat później.
Wanda zaś sfrustrowana całą sytuacją i upadkiem jej flagowego projektu, popełniła harakiri rzucając się do Wisły w rejonie Przewozu, ostatniego progu wodnego na Wiśle. Odratowano by ją, ale sprawę wzięli w swe ręce krakowscy pielęgniarze. Wiecie: Pavulon... Okoliczni kmiecie usypali jej wielki kopiec u wrót jej wymarzonego kombinatu… W jej rodzimej Nowej Hucie.
Jej papa – król Krakus zmarł jeszcze przed nią. Marskość wątroby… Jemu również usypano kopiec. W nagrodę za pokonanie groźnego smoka. Krakusi mówią na niego albo Kopiec Kraka, albo Kopiec Rękawki. Kopiec stoi na wzgórzu Lassoty, dawnej ziemi Awdańców, w okolicy nadajnika TV na Krzemionkach i kamieniołomu Libana, gdzie czasu wojny niewolnicy – wśród nich młody księżulo o nazwisku Wojtyła - łupali krzemień (w roli czarnych charakterów oczywiście jak zwykle występowali tu Niemcy), zaś w latach 90-tych kręcił tu sceny Stefan Szpilberg do „Listy Szindlera”. Jako ciekawostkę podam, że znajomy skinhead z Huty który załapał się na statystę do tego obrazu licząc, że zagra SS-mana, otrzymał rolę… żydowskiego więźnia… Sporo znajomych „metali” ścięło wówczas włosy (jako statyści dostawali dodatkowe pieniądze za ścięcie włosów, pomnażali zaś dalej swój dochód sprzedając ścięte „pióra” perukarzom). Na dnie kamieniołomu wciąż można jeszcze obejrzeć części scenografii z „Listy Szindlera” (wielu odwiedzających mylnie interpretuje leżące na ziemi macewy jako oryginalne z czasów wojny – Niemcy za okupacji, chcąc zgnoić Żydów wyłożyli żydowskimi nagrobkami ścieżkę którą przechodzili oni do niewolniczej pracy). Opodal kamieniołomu na terenie dawnego obozu jenieckiego Lager Plaszow, znajduje się Hujowa Górka. W tym miejscu Niemcy wcielali w życie idee nacjonalizmu, mordując Polaków i Żydów. Nazwa pochodzi od SS-mana Alberta Hujara. Właściwe nazwisko dla właściwego człowieka.
Widok z kopca na północ – na dolinę Wisły i Rynek wystrzelający kościelnymi wieżami. Na południu daleko na horyzoncie widać Tatry. Są cztery specjalne dni w roku. 2 maja lub 10 sierpnia o świcie widać z kopca Krakusa jak słońce wschodzi dokładnie znad kopca Wandy, zaś 6 lutego lub 4 listopada o zachodzie stojąc na kopcu Wandy widać słońce zachodzące dokładnie nad kopcem Krakusa… Kopce Kościuszki i Piłsudskiego były już odnawiane – natomiast starsze o tysiąc lat kopce Wandy i Krakusa stoją bez remontów od wieków… Tak to sprytnie budowali Krakowianie przed rewolucją przemysłową.
W każdy wtorek po Wielkiej Nocy u stóp kopca Kraka, Krakusi obchodzą starożytne pogańskie święto Rękawki - wiosenne Dziady. W święcie tym chodzi o oddawanie czci zmarłym bliskim - dlatego Krakusi zrzucają wtedy z Kopca pożywienie i drogie przedmioty - PS4, Smartfony itd.
Kopiec Krakusa to trzeci kopiec na naszej trasie.
Kopiec czwarty. Kopiec Kościuszki. Naczelnika Tadeusza Kościuszki. Ekskomunikowany przez papieża, znienawidzony przez polskich biskupów i Targowiczan, wielki polski patriota i wojownik znany po obu stronach oceanu. Ręce drżą gdy przychodzi pisać o tak wielkiej postaci… Krakowianie usypali mu kopiec 200 lat temu. Stoi na wzgórzu św. Bronisławy, czyli na Sikorniku – idzie się do niego Aleją Waszyngtona mijając po lewej salwatorski cmentarz na którym spoczywają inni słynni Krakowianie – pisarz Karol Bunsch, pisarz Antoni Gołubiew, historyk Władysław Konopczyński i sam Stanisław Lem, na którego grobie jego czytelnicy układają kamyki (jego grób jest jedynym na tym cmentarzu, który nie ma krzyża)… Widok z kopca jest przepyszny – na wschód widać Błonia, piękną bryłę Wawelu i strzelające znad Rynku wieże kościołów, oraz Kopiec Krakusa po drugiej stronie Wisły… Na południe – dolinę Wisły i daleko daleko – Tatry. Na zachód: sąsiednie wzgórze i kopiec Piłsudskiego. Powiem Wam w tajemnicy, że wkrótce zacznie się pod tym wzgórzem rycie – ma tędy lecieć nowa obwodnica.
Czarnym szlakiem – „szlakiem dwóch kopców” można przejść z Sikornika przez przełęcz przegorzalską na kolejne wzgórze – Sowiniec gdzie jest ostatni z pięciu krakowskich kopców – „Mogiła Mogił”, zwany Kopcem Piłsudskiego. Największy w Polsce i najmłodszy z krakowskich kopców. Usypano go 80 lat temu. Pasmo Sowińca porośnięte jest prastarym Lasem Wolskim – zwyczajowym miejscem spacerów i rozbieranych randek Krakusów i Krakusek. Na wzgórzu tym są też inne warte odwiedzenia punkty: krakowskie ZOO, zamek w Przegorzałach, gdzie w wieży urządza się świetne imprezy, polany na których malował Malczewski i opalał się sam prezydent Leo, i wreszcie jeden z najpiękniej położonych w całej Europie klasztorów – klasztor Kamedułów (widok z niego zapiera dech w piersiach: dolina Wisły w pięknym zakolu, klasztor na skale w Tyńcu i daleko na południu majestatyczne szczyty Tatr). Sam kopiec usypano z ziemi zebranej na wielu bitewnych polach Wielkiej Wojny, gdzie walczyli Polacy. U jego stóp rosną dęby wolności – pierwszy z nich zasadził „Nasz Premier”, „ojciec założyciel” wolnej Polski i wybitny katolicki intelektualista - Tadeusz Mazowiecki. Z samego kopca widok rozciąga się na północny zachód – świetnie widać stąd lądujące na Balicach samoloty. Na wschód widać sąsiednie wzgórze Sikornik i kopiec Kościuszki.
Pięć kopców. I miasto obejrzane z każdej strony. Polecam tak właśnie pokazywać Kraków odwiedzającym Was znajomym z innych grodów. Po takim rajdzie, kompletnie wyczerpani, przerażeni tym co może przynieść dzień następny, co prędzej chcą spierdzielać do domu i nie siedzą niepotrzebnie na głowie.
 
Howgh

piątek, 26 sierpnia 2016

Warszawa. Podróż na północ.

Wpis II Podróż na północ

Na gorzałę mówią tam „gołda”. Na jabola: „alpaga”. Nie znają tam w ogóle pijackich obyczajów z południa kraju… Gdy normalny człowiek na czyjeś kichnięcie zareaguje uśmiechem i słowami: „Nooo…. Będzie się działo”, „Nie na wodę!” albo „Tak się kicha na kielicha”, patrzą tam na niego jak na przybysza z kosmosu… A gdy chcą wyjść na pole, mówią „wychodzę na dwór”… Już wiecie gdzie tym razem los poniósł sandałowego włóczęgę? Tak nie mylicie się. Byłem w naj...większym mieście Polski. Trzeciej stolicy Rzeczypospolitej. Byłem w Warszawie.
Miano stolicy Warszawa uzyskała od Szweda. Po śmierci wspaniałego Huna króla Stefana Batorego, nasi przodkowie wybrali na króla Polski szwedzkiego królewicza Zygmusia. To właśnie on - Zygmunt III Waza przeniósł stolicę z Krakowa do Warszawy, aby mieć bliżej do Sztokholmu gdzie zawsze chciał spier…lić do swego papy. Niestety nie udało mu się i na kolejne kilkadziesiąt lat byliśmy skazani na niego i jego synów. Czyli na szwedzkie pornole.
Przed wojną Warszawa była najpiękniejszym miastem w Europie Centralnej. Czeska Praga czy madziarski Budapeszt mogły ówczesnej Warszawie wyczyścić buty. Dziś pod względem piękna daleko jej do Gdańska, Wrocławia czy Krakowa. Kto jest za to odpowiedzialny? Odpowiedź jest ta sama co zawsze. Niemcy. Dziwny naród noszący trupie główki na czapeczkach. Naród który od czasów Wichmana i margrabiego Gerona, zawsze lubił faszyzm i nacjonalizm…
Aby móc powiedzieć o sobie „jestem Warszawiakiem” należy przedstawić archiwalne akta urzędowe potwierdzające, że ostatnie 10 pokoleń (ale tylko „po mieczu” – „po kądzieli” się nie liczy) urodziło się w tym mieście. Dlatego 99% obecnych mieszkańców Warszawy, to tak zwane „Słoiki”. Powiedzenie wzięło się stąd, że przyjezdni zabierają z rodzinnych siół domowy bimber w słoikach, bowiem gorzała jest w Warszawie o 20% droższa niż gdzie indziej…
Zapytacie co tam robiłem? Otóż kochani ostatnio rozejrzałem się po znajomych i stwierdziłem że jestem ostatnim Mohikaninem, który nie wziął jeszcze kredytu. Dlatego aby nie pozostawać w tyle za nowoczesnymi trendami zdecydowałem się wziąć ów ciężar na barki. Kredyt na czteroślad. Mojego starego 3-cylindrowego (ekologicznego) Francuzika spieniężyłem na żyletki pewnemu mechanikowi, sam zaś pojechałem do salonu w samej stolicy, aby kupić na krechę najnowocześniejszy model rodowitego Japońca, robionego w tureckich fabrykach przez uchodźców z Syrii i spiskowców z Kurdystanu. Tojota. Rolka. Nowiutka niczym Nowa Huta w 1950 roku. Moc ma taką, że – aby wyrazić się fachowym językiem mechaników – że ja pier…lę. Wyróżniający się sportowy kolor krwi. Sześć biegów. Z udogodnień nie ma co prawda patelni w fotelach oraz tempomatu, ale zrezygnowałem z tego świadomie jako zadeklarowany przeciwnik ideologii dżender: jaja muszą być zimne.
Kochani - muszę kończyć, bo wracam na parking przytulać się do tej ślicznotki.
Howgh

środa, 24 sierpnia 2016

Kraków Podgórze Cz.2 Zakrzówek Park i Grota Twardowskiego

Krwiściąg… Potworna nazwa dla potwornej rośliny. To właśnie nią żywi się monstrualny robal. Rośnie w jedynym miejscu na ziemi – na Łąkach między Tyńcem a starym Krakowem. Obecnie to Podgórze. Jak twierdzi prof. Woyciechowski, roślina wyrosła w miejscu gdzie spadła kropelka moczu, którą uronił ze strachu hitlerowski Krzyżak, gdy szarżował na niego Zbyszko z Bogdańca, podróżujący z Tyńca do Krakowa. Przez wzgląd na Panie nie będę pisał za co złapał naszego Zbyszka rycerz Powała z Taczewa uniemożliwiając wówczas ostateczne załatwienie faszysty.

Krwiściąg. Obrzydliwe pożywienie obrzydliwego robala. Robala którego prawdziwe pogańskie miano brzmi Phengaris teleius. Okoliczni mieszkańcy nazywają go zaś Modraszek Demon. Z nim właśnie toczyłem srogi bój na Łąkach i Górce Pychowickiej. Aby pokonać tego drania musiałem w końcu sprzymierzyć się z samym diabłem. Z deweloperami…

Deweloperzy to sadystyczne plemię pożeraczy ziemi. Wydają się mili i sympatyczni, noszą modne garnitury, jeżdżą drogimi czterośladami, ale spróbuj tylko biedny rolniku znaleźć się w orbicie ich zainteresowań… Zaraz zamieniają się w krwiożerczych kapitalistów, wyłowią za bezcen twą rolniczą ojcowiznę, gdzie od wieków kwitł jeno rzepak, po czym przemianują ją na działkę budowlaną na której od razu wybudują apartamentowiec z najtańszych materiałów i zarobią na nim grube miliony. Po czym znikną. A smród pozostanie.
Z taki oto psubratami przyszło mi wejść w sojusz…

Deweloperzy zadziałali szybko. Kilka niewinnych ściem w budżecie obywatelskim, kilka kopert wsuniętych pod stołem urzędnikom krakowskiego ratusza i udało się ograniczyć teren bytowania Modraszka do samych Łąk usuwając go z wznoszących się na wschodzie wapiennych wzgórz Zakrzówka. Tam właśnie – na Zakrzówku - okopałem się w dawnych okopach Twierdzy Kraków. W Szańcu FS-29 zbudowanym przez Austriaków półtora wieku temu. To w tym szańcu sam cesarz Franciszek Józef wraz ze swymi żołdakami odpierał zaciekłe ataki modraszkowego robala. Teraz to moje miejsce obrony. Franciszka dawno już nie ma. A Modraszek ma się wciąż dobrze…

Zakrzówek. Zalew w dawnym kamieniołomie, gdzie niewolnicy i zbrodniarze wydobywali złoto tych ziem – wapień. I porastający wzgórze las, poprzecinany ścieżkami, noszący miano Parku Twardowskiego. A także jednostka wojskowa. Super tajna. Czasem żołnierze przychodzą w cywilu do naszego sklepiku na Sodowej, gdzie zaopatrują się w surowy wojskowy prowiant – czipsy i browarek. Gdy się posilą pokrzykują nieskładnie o tym, że służą w supertajnej jednostce wojsk specjalnych, po czym lekko się chwiejąc wracają do jednostki. Zwykle dość mocno u nas wieje. Taka skromna małopolska husaria.

Legenda głosi, że na Zakrzówku ukrywał się sam mistrz Twardowski. Przed żoną. To tutaj jest jego słynna grota gdzie uprawiał swe kosmate kawalerskie harce. Dziś jaskinię tą eksplorują grotołazi. Korytarzyki mają ponoć pół kilometra… Nikt nie wie co i kto kryje się w dolnych salach jaskini... Czasem dochodzi stamtąd nerwowy chichot. Ja wiem, że ukrywa się tam sam diabeł. Przed żoną Twardowskiego.
Twardowski był czarownikiem. Przez kilka wieków figlował w Europie i Ameryce, by w końcu w XX wieku objawić się światu jako Elvis Presley śpiewając Blu Słid Szius. To dlatego główna aleja Parku nosi nazwę Elvisa Presleya. Presley w języku Komanczów oznacza Twardy. Elvis Twardowski. Ostatecznie Elvisa Twardowskiego pokonał potworny robal Modraszek – do dziś można ujrzeć wtopioną w karbonit twarz Elvisa u bram alei. Modraszek załatwił go metodą na Hana Solo: zamroził go w karbonicie. Jak mówią tubylcy z Praskiej – Elvis obudzi się gdy w Krakowie nie będzie smogu, Wisła będzie krystalicznie czysta, a prezydentem przestanie być Majchrowski.

Udało się obronić Zakrzówek przed robalem, ale Łąki wciąż są nawiedzane przez to monstrum. Dodatkowo w walkę wmieszali się deweloperzy, a nawet sam Ratusz. Konflikt zatacza coraz szersze kręgi. Wystarczy iskra aby ta beczka prochu wybuchła niczym terrorysta w metrze. Pamiętajmy że w każdej chwili do walki mogą włączyć się podchmieleni komandosi z supertajnej jednostki specjalnej. Ale najstraszniejsze nadejdzie dopiero wtedy, gdy do wojny przyłączy się żona Twardowskiego. Wtedy nadejdzie apokalipsa.
Howgh

sobota, 20 sierpnia 2016

Kraków Podgórze. Cz.1 Łąki i Górka Pychowicka


Motto:
 „Tak głupio i ja potrafię, powiedziałem sobie. I zacząłem”
Marek Hłasko „Piękni Dwudziestoletni”


Kraków. Miasto królów Polski. Druga po Wiślicy stolica kraju Wiślan. Druga po Gnieźnie stolica Polski. Drugie najchętniej wybierane przez proletariackich Angoli miejsce na wieczór kawalerski (pierwszym jest podlondyński burdel w Welwyn). Ale pierwszy polski student 600 lat temu to właśnie tutaj a nie gdzie indziej zapijał po pierwszym polskim kolokwium. I to tutaj Naczelnik składał swą przysięgę, a Marszałek stąd wyprowadzał Legiony. Obaj – aby wpier…l spuścić Ruskim.
Podgórze. Dzikie tereny przyłączone do Krakowa przez Juliusza Lea, 40 lat przed Nową Hutą. Obecnie dzielnica Krakowa. Idąc od mostu Dębnickiego w górę Wisły na zachód mija się z lewej strony wapienne wzgórza Parku Twardowskiego. Za wzgórzem jest dolina którą do Wisły wpływa niewielki strumień bez nazwy, wysychający gdy lampa przygrzeje. Tu pomiędzy wzgórzami Parku Twardowskiego i Górką Pychowicką jest osiedle Pychowice. Mój dom. Od sześciu lat. Miejsce gdzie zalągł się jakiś robal ze skrzydełkami, uniemożliwiając deweloperom wykupienie ostatniego zielonego skrawka po tej stronie Wisły, ponieważ ekoterroryści zagrozili zamachami samobójczymi: chcieli powiesić się przed urzędem miasta.
Wyprawa w dzikie tereny ma swoje prawa. Należy zawsze mieć latarkę, scyzoryk i kabanosa. Zwłaszcza kabanos jest nieoceniony. Również na zagraniczne podróże, gdzie za obiad płaci się dewizami. Nieodzowne są również skarpety. W grubą frotę. Czy jak to się tam nazywa. No i sandały. Niezbędnik wędrowca. Oczywiście jeszcze denaturat. Aby rozpalić ogień i ugotować upolowanego robala ze skrzydełkami. Na wszelki wypadek do kieszeni sztruksów wsuwam banknot z wizerunkiem Mieszka Pierwszego. Grubsza kasa zawsze może się przydać. Jeszcze tylko zastrugany kołek, który ukradłem Niemcom z parawanu na plaży. Jestem gotowy.
Najpierw kierunek zachód. Cel: Pychowickie Łąki, rozciągające się niczym Dzikie Pola między kampusem UJ, Pychowicami i Skotnikami. Ostatnie tereny Krakowa nie tknięte ludzką stopą. Tereny na których żyje potworny robal ze skrzydełkami, którego boją się nawet deweloperzy. A wiadomo że oni nie boją się nawet bożego gniewu… Ostatnie ślady ludzkie nie należą do gatunku ludzkiego. Długo i wnikliwie badałem te ślady. To prawdziwy cud, że w nie nie wdepnąłem. A więc bywają tu psy…
Widziałem, że przede mną tereny te badali dyrektor Teatru Ludowego, a obecnie poseł na seym z opozycyjnej partyji, oraz były prezydent miasta Lasotta. Lasotta nie jest już prezydentem, a partyja dyrektora Teatru przegrała wybory. Robal z pychowickich łąk jest skuteczny. I ma długie macki… Jedynymi traperami których można tu spotkać są nieco chwiejący się studenci z kampusu. Wiatr wieje tu naprawdę mocno.
Robal zaatakował mnie znienacka w samym sercu łąk. Niczym mister Neo Anderson z misterem Smisem, tak ja podjąłem heroiczną walkę. Niestety. Przegrałem... Musiałem uciekać do lasu który porasta Pychowicką Górkę. Tam przegrupowałem się i postanowiłem wejść na szczyt aby zlustrować teren i przygotować się do dalszej walki.
Górka Pychowicka.  267 metrów nad poziomem Bałtyku, czyli 247 metrów nad poziomem morza… A każdy metr okupiony potem i męczarnią… Wreszcie osiągnąłem szczyt i moim oczom ukazały się dzikie dzikie pychowickie łąki a dalej Skotniki i kampus oraz złowrogi betonowy i zakorkowany Ruczaj. Dla uspokojenia serca zagryzłem kabanosa i spojrzałem na północ w dolinę Wisły oraz na wzgórza z drugiej strony – cywilizowane Sikornik i Sowiniec z kopcami Piłsudskiego i Kościuszki…  Tę rundę robalu wygrałeś. Ale to jeszcze nie koniec... Jak powiedział Piłsudski: "Być zwyciężonym i nie ulec - to zwycięstwo. Zwyciężyć i spocząć na Laurach - to klęska".
Na tych bezludnych ziemiach o żadnej Laurze nie mogło być mowy, a spotkać jednocześnie dwie Laury - zakrawa na nieprawdopodobieństwo.  Spocząłem więc po prostu na trawie...
CDN

środa, 10 sierpnia 2016

Elegantia Galia

Elegantia Galia

Biały dym... Kojarzy się z konklawe i gromkim okrzykiem "Habemus Papam". Zaś gdy wydobywa się z rury wydechowej mojej wiernej Meganki, może oznaczać tylko jedno... Występuje spalanie oleju. Objaw ów dostrzegłem, gdy za moim pojazdem zaczęli dreptać biskupi.
Pierścień na męskim ręku określa stan cywilny. W dosłownym tłumaczeniu oznacza: "niestety - żonaty". Natomiast uszkodzony pierścień na jednym z czterech cylindrów mojej wiernej Meganki oznacza poważne kłopoty...
Tak moi dr...odzy. Zły los nie przestaje prześladować biednego wędrowca. Silnik jest do wymiany.
Choć moja wiedza na temat silników mechanicznych opiera się na starym przedwojennym podręczniku, napisanym przez niejakiego Brzechwę (nosi tytuł "Lokomotywa") to wiem jedno:
Nigdy więcej Francuzików!
Reno. Megan. Elegantia Galia, czyli elegancja Francja.
W tym przypadku raczej franca. Syfilis, tryper i rozluźnione mięśnie kegla. Z czym kojarzy się Francja?... Z Rewolucją. Z winem. Oba czynniki wystąpiły w tym cholernym francuskim pojeździe. W silniku wystąpiła rewolucja a wina... wina leży po stronie tych cholernych francuskich producentów. 117 tysięcy przejechanych szosami i traktami kilometrów! Każdy normalny samochód przejechałby jeszcze 3 razy tyle! Każdy - ale nie Francuz...
Nie w smak mu nasze polskie drogi. Zapewne za mało sera ładowałem mu do chłodnicy. Jakby francuski piesek spojrzał na mnie swą smutną mordką i powiedział: "mesje, chcę kupkę".
Podsumowując:
... albo nie. Jest jeszcze przed 22:00, a moje podsumowanie wymagałoby złamania zasad jakimi winien posługiwać się dżentelmen. Zwłaszcza przy dzieciach.
Dobranoc


PS. Wkrótce pierwsza część przewodnika po Krakowie.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Zbrodnia w pensjonacie Wrzos. Część IV ostatnia

Część IV

Rankiem, po śniadaniu uregulowałem opłatę z najdroższy apartament w pensjonacie Wrzos. Astronomiczna suma 60zł za osobę + 4 zł opłaty klimatycznej (naliczanej ze względu na niedalekie Czechy i ich pole siłowe) nie powaliła mnie. Dostałem ze stolicy spory zastrzyk gotówki, który rząd uzyskał zaoszczędzając na podwyżkach dla emerytów. Odpaliłem silnik mojego auta-amfibii i wyruszyłem na północ przez Kłodzko i Niemczę gdzie polscy wojowie Bolesława spuścili niegdyś Niemcom solidny wp…ol. Kierunek: Wrocław.
Wrocław… Stolica Dolnego Śląska. Żyje tu ponad 635 tysięcy tubylców z plemienia Dolnych Ślężan. Dwoje z nich jest moimi przestępcami. Miasto jest zbudowane na przecięciu dwóch szlaków – Bursztynowego (muszelkowego) oraz Via Regia – szlaku handlowego ciągnącego się przez całą Europę z Hiszpanii aż po Rosję. Gdy osiem wieków temu Mongołowie Dżingis Chana lecieli na Legnicę aby spuścić nam srogi wp…ol, ominęli Wrocław ponieważ na niebie pojawiło się jakieś dziwne zjawisko. Jak myślę był to charakterystyczny kształt chmury w kształcie genitaliów, który mnie również udało się swego czasu sfotografować, a który dla Tatarów jest przerażający. 300 lat temu ostatecznie stare słowiańskie miasto dostało się w szpony naszych sąsiadów zza Odry z trupimi główkami na czapkach… Odzyskaliśmy je dopiero 70 lat temu i odtąd trzymamy je mocno.
Moim kontaktem we Wrocławiu był doktor X, a lokal kontaktowy umiejscowiony był w południowej dzielnicy miasta. U niego uzyskałem informację, że poszukiwana przeze mnie dwójka przestępców ma umówione spotkanie w rotundzie Panoramy Racławickiej.
Jakże perfidnie.
A więc to tam. Przy najsłynniejszym obrazie batalistycznym na świecie, o którym sam cysorz Franciszek Józef powiedział: „O kur… Imponujące.” Tam zakończy się wreszcie moje śledztwo…
Jak mówi stare polskie przysłowie – gdy jednocześnie zaatakują nas Niemcy i Ruscy, powinniśmy najpierw bić Niemców, ponieważ: najpierw obowiązek, później przyjemność. Obraz przedstawiający jak nasi biją Rusów pod Racławicami wbija w dumę każdego Polaka. A nad wszystkim wielki i wspaniały, ekskomunikowany przez papieża, jedyny, wielki i wspaniały Naczelnik w historii Polski (to znaczy do niedawna jedyny, bo mamy już kolejnego). Kościuszko. W chłopskiej sukmanie. Nam Krakusom szczególnie bliski, u nas wszak na Rynku składał przysięgę, u nas na Sikorniku jest Jego kopiec. Gdy Panoramę Racławicką przenoszono ze Lwowa, sprytni przekupieni przez Wrocławian konduktorzy nie zatrzymali pociągu na dworcu w Krakowie i przelecieli jeno z gwizdem parowozu. Tak właśnie Panorama trafiła do Wrocławia.
Bilet kosztuje 30 zł. Dla Ruskich 30 Euro. Chyba że powiedzą: „Krym jest Tatarski”. Czechom – na wszelki wypadek – wstęp wzbroniony. Aby namierzyć przestępców musiałem wtopić się w tło. Jako zawodowy detektyw muszę być mistrzem kamuflażu. Przebrany w chłopską sukmanę, trzymając postawioną na sztorc kosę, ustawiłem się pod obrazem, na lewo od krzyża w miejscu gdzie kosynierzy szturmowali ruskie armaty. Za moimi plecami Kościuszko wskazywał cel ataku. Stałem się niewidoczny. Poczułem dreszcz i zapach krwi i prochu. Gdy jestem zbyt blisko sceny batalistycznej zawsze tak reaguję. W ostatniej chwili powstrzymałem się aby nie zakrzyknąć: "Wiwat Kościuszko! Śmierć Ruskim i biskupowi Massalskiemu!"
Nagle, punktualnie o godzinie 16:00 w rotundzie pojawiła się krępa kobieca postać w chuście na głowie i ciemnych okularach. Chwilę po niej pojawił się szczupły mężczyzna w nienagannym garniturze i niemieckim hełmie z czasów II wojny światowej, spod którego widać było modnie przycięte rude włosy. Obie tajemnicze postacie niby przypadkiem oglądając Panoramę zbliżały się do siebie. Wreszcie stanęły ramię w ramię tuż przede mną. Ujrzałem jak ich dłonie się złączyły i usłyszałem męski namiętny szept … Zamarłem ze zgrozy. A więc prawda jest bardziej przerażająca niż myślałem…
Byłem już martwy...
Męski szept brzmiał znajomo dla każdego Polaka. Każdy Polak rozpoznawał od razu charakterystyczne „r” wymawiane tym głosem… Każdy wiedział że dziadek tego jegomościa służył w Wermachcie i stąd ten niemiecki hełm na jego rudej głowie… Każdy wiedział, że jego aktualny dom jest w Brukseli. Ale najstraszniejsze było imię, które męski szept wyjawił. Imię straszne i kojarzące się ze świstem mieczy zakapturzonych postaci na bliskowschodnich pustyniach.
Szept brzmiał:
- Do khoćset… Angela… Iś libe diś.
Tak… A więc to prawda. Angela i Donald mają potajemny romans. Polska i Niemcy. Nasz polski Donald, postawiony przed strasznym dylematem niczym krakowska Wanda która skoczyła 3 kilometry z kopca pod kombinatem do Wisły, ugiął się i oddał niemieckiej zdobywczyni. Upojny łikend spędzony w Sudetach Środkowych, w Kudowej Zdroju miał być tajemnicą. Straszną tajemnicą. Niestety zgubiła ich niefrasobliwość. Podczas baraszkowania w męskiej ubikacji popełnili śmiertelny błąd. W miłosnym uniesieniu jedno z nich napisało na ścianie: Andrzej Dupa…
I to ich zgubiło…
Tajemnica była rozwiązana.
Opuszczałem Wrocław z mieszanymi uczuciami. Komplet zebranych przeze mnie dowodów zgubiłem co prawda od razu - wypadł mi już na pierwszych bramkach na A4, ale postanowiłem, że sprawę przekażę werbalnie bezpośrednio do ogólnopolskiej telewizji ministra Kurskiego, czyli do Kurwizji oraz do samego Adama Michnika, a sam ulotnię się do jednego z egzotycznych krajów – prawdopodobnie na Słowację. Muszę zniknąć na jakiś czas. Nie jestem bezpieczny. Jestem jedynym posiadaczem tajemnicy Donalda i Angeli i jej ciężar mnie przytłacza. Ciężar tajemnicy. Nie Angeli. Jadąc autostradą na wschód nerwowo spoglądałem w lusterko wsteczne.
Nagle… W lusterku ujrzałem za sobą czeską Skodę z dwoma osobami na pokładzie. Po skafandrach zorientowałem się że to Czesi – nie mogą oni za długo oddychać poza swoim krajem a u nas w Polsce nie ma winietek. Zza szyby skafandra rozpoznałem twarz jednego z nich. To Cypisek, zawodowy zabójca czeskiego wywiadu… A więc rozpoczyna się gra o życie. Jestem gotowy.
Ale to już całkiem inna historia…
KONIEC

Zbrodnia w pensjonacie Wrzos. Część III

Część III

Nazywam się Maroł. Filip Marloł. Teraz już tylko tego jestem pewien. Dotąd sprawa posiadała wymiar powiatowy. Po ingerencji z samej Warszawy, gigantycznej metropolii Rzeczypospolitej, wielkiej niczym dzielnica Szanghaju, zbrodnia osiągnęła wymiar krajowy, a nawet międzynarodowy…
Po dwóch dniach błąkania udało mi się wydostać z Błędnych Skał. Na szczęście nie na czeską stronę. Nie miałem wystarczającego zapasu tlenu, więc zginąłbym tam marnie. Zataczając się nie wiem nawet kiedy wdrapałem się na najwyższy szczyt Gór Stołowych, majestatyczny Szczeliniec (919m npm czyli 899 metrów nad poziomem Bałtyku). Głód i pragnienie wywołały omamy. Na szczycie ujrzałem Kwokę i Główę Konia… Zawrót głowy podciął mi nogi i stoczyłem się bezwładnie w dół, uderzając w końcu karkiem w jakąś skalną formację. Były to słynne sudeckie skalne grzyby – skały które pod wpływem złowrogiego pola siłowego wydzielanego przez niedalekie Czechy przybrały zdeformowane kształty. Wrzeszcząc histerycznie z przerażenia biegałem wśród tych skalnych potworów, aż wreszcie jakimś cudem trafiłem na powrót do Kudowej…
Doprowadziłem się jak zwykle do porządku, zjadłem wykwintny obiad w najdroższej kudowskiej restauracji o dźwięcznej nazwie Bar Mleczny na ulicy 1 Maja i poszedłem ponownie do Parku Zdrojowego aby nawodnić się Marchlewskim. Rozejrzałem się.
Kudowa gościła niejednego męża stanu… I żonę stanu. Na parkowych ławeczkach ujrzałem ministra Macierewicza grającego w karty z Michnikiem, Sylvio Berlusconi w Teatrze Pod Blachą opowiadał jakieś pocieszne facecje kilku młodym chichoczącym podlotkom, prezydent Kwaśniewski wraz z prezesem Kaczyńskim nalali sobie całą butelkę mineralnej (Marchlewskiego) – po czym już poza pijalnią dolali zdrowotną wodę do innej butelki wypełnionej już w połowie jakimś tajemniczym płynem i udali się w krzaki, prezydent Władimir Pupin wraz z prezydentem Erdoganem oraz Wiktorem Orbanem grali w salonowca nieopodal pensjonatu Zameczek, czemu przyglądał się leniwie opalający się nieopodal prezydent Obama, a prezydent Fransua Oland zajadał się zachwycony oscypkiem w Ogrodzie Muzycznym. Tylko premier Kamerun przechadzał się samotnie przestraszony, ignorowany ostentacyjnie przez wszystkich pozostałych. Kogoś mi w tym gronie brakowało…
Nazywam się Maroł. Filip Marloł. Teraz już tylko tego jestem pewien. Wątki plączą się i gubią w tej zataczającej coraz szersze kręgi sprawie.
W pensjonacie odnalazłem kolejne ślady. Pierwszy z nich to włos. Rudy, krótki i gruby męski włos. Schowałem go do portfela. Następnie niczym tropiciel śladów Old Szaterhend przebadałem raz jeszcze zaschnięte już ślady roweru. Po głębszej analizie doszedłem do wniosku, że były to dwa rowery. Jeden jechał za drugim. Zatem przestępców było dwóch… Sprytnie. I wreszcie ślad ostatni. Wpadłem na niego dzięki głodowi nikotynowemu. Grzebiąc w popielniczce w poszukiwaniu niedopałka, innymi słowy „pojary” czy też „kiepa” natknąłem się na dwa zmięte bilety lotnicze. Oba łączył jeden punkt docelowy – lotnisko we Wrocławiu. Jeden był z Brukseli, drugi… z Berlina. Na jednym z niedopałków papierosów zauważyłem ślad szminki.
Miałem dotąd w planach rozszerzyć śledztwo na Lądek Zdrój i Góry Sowie, a nawet na stolicę tej ziemi – Kłodzko, jednak po ostatnich rewelacjach mój siódmy zmysł detektywa skierował mnie prosto do samej potężnej stolicy Dolnego Śląska. Kolebkę kultury, prastare biskupstwo i największe skupisko Łemków w całej Rzeczypospolitej.
Do Wrocławia.
Ostatni wieczór w pensjonacie Wrzos, spędziłem znowu z butelką whisky i cygarem, porządkując w głowie to co udało mi się ustalić w śledztwie. Guma Donald. Rudy włos. Dwa lotnicze bilety z Brukseli i Berlina. Ślad dwóch rowerów. Ślad damskiej szminki na niedopałku. Niedojedzona parówka… Cykliści i wegetarianie… Andrzej Dupa…
Osiemdziesięcioletnia apsztyfikantka zapytała grzecznie czy może się dosiąść. Udałem że jestem Niemcem i odparłem z hamburskim nienagannym akcentem:
- Ja nie panimaju…
Po czym uśmiechając się niepewnie oddaliłem się do swego pokoju. To ja już wolę Czechów.

Zbrodnia w pensjonacie Wrzos. Część II

Część 2
 
Dwa dni… Dwa długie dni bez mojego pamiętniczka. Bez prądu, jedzenia i wody. Bez dachu nad głową. Tak kochani... Zabłądziłem w labiryncie Błędnych Skał w Górach Stołowych. Zaraz po wejściu w ciasne przejścia zszedłem ze szlaku i wlazłem w jakąś odnogę. Potem było już tylko gorzej. Dwa dni i dwie noce błąkałem się pomiędzy skalnymi tworami i niczym prehistoryczny łowca musiałem sam zdobywać jedzenie. Owady, korzonki i mech… Jak premier Waldemar Pawlak. Co najgorsze - straciłem również dwa śniadania, które były w cenie pokoju…
Ale po kolei. Rano obudził mnie przerażający ból głowy – na etykietce łyski nie było ostrzeżenia o takich objawach – oraz chłodna rosa na nosie i skarpetkach. Tak jest… Spałem w krzakach. Jak przez mgłę przypomniałem sobie, że w nocy niczym D’Artagnan fechtowałem kluczykiem w okolicach zamka do pokoju. Bezskutecznie. Na szczęście bezskutecznie. To nie był mój pokój, tylko osiemdziesięcioletniej kuracjuszki.
Wróciłem teraz do swojego pokoju i doprowadziłem się do porządku, myśląc o moim zadaniu. „Andrzej Dupa”… Jakim zwyrodnialcem trzeba być aby popełnić te dwa wyrazy w WC…
Śniadanie zjadłem zastanawiając się od czego zacząć i obserwując spod oka innych śniadających kuracjuszy. Starałem się nie zwracać uwagi na awanse które czyniła mi siedząca przy sąsiednim stoliku osiemdziesięcioletnia kuracjuszka, do której dobijałem się przez pomyłkę w nocy. Praca detektywa to ciężki kawałek chleba. Ciężki… bo z glutenem.
Wyszedłem z ośrodka i udałem się do Parku Zdrojowego. Usiadłem na słynnej ławeczce ogrodnika i przez dłuższą chwilę dyskutowałem na tematy teologiczne z siedzącym obok sympatycznym wąsaczem, zanim nie zorientowałem się, że jest on pomnikiem. Nieco zdezorientowany udałem się do pijalni wód mineralnych, gdzie za 1,50 zł uzyskałem bezgraniczny dostęp do śmierdzącej zgniłymi jajami wody mineralnej o dźwięcznej nazwie Marchlewski. Popijając wodę obserwowałem kuracjuszy. Nieco Niemców i Czechów, ale zdecydowanie przeważali Dolni Ślężanie. Niemców wykluczyłem z kręgu podejrzanych. Większość z nich jest analfabetami i nie dałaby rady napisać poprawnie dwóch wyrazów. Natomiast Czesi… Tak. Czeski ślad. Zebrałem w głowie moją całą wiedzę o Czechach.
Na pytanie: skąd się wzięli Czesi, Erich von Daniken odpowiada bez namysłu: z kosmosu. Potwierdza tym stare podania ludowe które mówią o Lechu, Czechu i Rusie, którzy pochodzą odpowiednio: z lasu, z kosmosu i… z piekła (Slavko… wybacz). Aby wjechać na terytorium Czech należy kupić winietkę. Bez niej tlen skończy się już po 30 kilometrach, a nie wziąłem ze sobą skafandra, który dostałem na pamiątkę od generała Mirosława Hermaszewskiego. Stolicą Czech jest odległy zaledwie o 75 km od Kudowy, Jicin, w którym rządzi groźny husycki brodacz, Rumcajs – prezydent całej Czeskiej Republiki. Pamiętałem, że w 1945 roku Husyci kłócili się z nami o te ziemię - m.in. o Kudową i wysłali tu nawet pociąg pancerny. Na szczęście udało się utrzymać te tereny. Wciąż są one jednak penetrowane przez groźny czeski wywiad Szwejkuritate, na czele którego stoją Patt i Matt.
Miałem pewne poszlaki – otóż w Muzeum Zabawek wśród wielu różnych lalek i figurek ujrzałem małego Krteka – znanego nam wszystkim Krecika… To od niego wzięło się polskie określenie KRET. Nie muszę Wam tłumaczyć co ono oznacza w slangu agentów wywiadu…
Wdrapałem się na wzgórze parkowe, chcąc spojrzeć z góry na miasto ze słynnej Altanki Miłości. Niestety była zajęta. Przez osiemdziesięcioletnią kuracjuszkę z mojego pensjonatu… Rozpromieniła się na mój widok. Czym prędzej ewakuowałem się na dół. To ja już wolę Czechów…
W okolicach pensjonatu Polonia w mojej skrzynce kontaktowej pod ławką znalazłem karteczkę z napisem „Kaplica Czaszek w samo południe”.
Kaplica Czaszek… Dzielnica Czermna… Groźna nazwa zmroziła mi plecy. Czaszki pochodzą z czasów Wojny Trzydziestoletniej, gdy Niemcy, Szwedzi, Czesi i polscy Lisowszczycy tłukli się wszędzie gdzie popadnie. Również i na ziemi Kłodzkiej. Z duszą na ramieniu wszedłem w ciemne przerażające wnętrze…
Stąpałem cicho pomiędzy piszczelami i czaszkami… Nagle z mroku, spomiędzy czaszek wyłoniły się nastroszone wąsy. W głębi czekał na mnie sam minister Waszczykowski. Nie potrafię Wam powiedzieć co było bardziej przerażające: czaszki czy wąsy arcygroźnego ministra… Spojrzał na mnie i rzekł cicho tylko dwa słowa:
- Cykliści i wegetarianie.
A więc to tak... Czeski ślad był jedynie sprytnym zatarciem śladów, przez przebiegłego przestępcę. Cykliści i wegetarianie… Krąg podejrzanych znacznie się zawęził. Przypomniałem sobie, że rano przy śniadaniu, jeden z kuracjuszy nie wziął ze szwedzkiego stołu parówki…
Wróciłem czym prędzej do pensjonatu i kontynuowałem śledztwo. Kuracjusz nie dość że nie wziął parówki, zignorował również plasterki szynki, co umocniło poszlakę. Dodatkowo na żwirze przed pensjonatem ujrzałem ślady po rowerze. Cykliści i wegetarianie… Andrzej Dupa… Elementy układanki zaczynały do siebie pasować.
Ślady wiodły w góry. Ubrałem czym prędzej w grube skarpety i sandały na grubej gumowej podeszwie, zarzuciłem na ramię chlebak z mapą – niestety zupełnie innego terenu – i ruszyłem gorącym śladem na poszukiwanie przestępcy.
Góry Stołowe – najdziksze masywy Rzeczypospolitej tuż przy granicy z Czechami. I sam ósmy krąg piekieł – Błędne Skały. Przerażający labirynt którego nie pokona nawet Magda Gessler. Zwłaszcza Magda Gessler. To tam zawiodły mnie ślady wegetariańskiego cyklisty i jak już wspomniałem na początku, niemal od razu zgubiłem się i spędziłem wśród oślizgłych skalnych bloków dwa długie dni. Ale nie na darmo…
Na jednej ze skał znalazłem wydrapane rysikiem znowu te same słowa. Andrzej Dupa… A pod napisem, na leżącym swobodnie kamieniu ujrzałem zmięty papierek. Rozwinąłem go i ujrzałem malutką historyjkę obrazkową z kaczorem. Zapach przypomniał mi lata osiemdziesiąte XX wieku.
Akcja się zagęszczała…

Zbrodnia w pensjonacie Wrzos. Część I

Część I

Południowo zachodnie rubieże Rzeczypospolitej. Dzikie wilgotne stoki Gór Stołowych. Wieczór. Słońce już zaszło. W pensjonacie dla Seniorów „Wrzos” panuje cisza... Cisza przed burzą. Zaledwie kilka mil stąd kończy się cywilizacja. Dalej są już tylko barbarzyńskie Czechy. Husyckie ziemie groźnych wąsaczy, uzbrojonych w abstrakcyjny humor Kafki i Haska. Kraniec znanego świata.
Dolny Śląsk. A jeśli Śląsk, to górnicy. 20 lat ciężkiej pracy setki mil pod ziemią, a potem odprawa i emeryturka. O ile wcześniej nie pierdyknie metan. Górnicy w Kudowej poszukiwali złota i ropy. Znaleźli coś cenniejszego – śmierdzącą zgniłymi jajami wodę, którą nazwali mineralną. To jest złoto tych dzikich gór. Eldorado dla szybkostrzelnych rewolwerowców z problemami żołądkowymi. Ziemia bezprawia. I gazów...
Nazywam się Marloł. Filip Marloł. Siedzę w fotelu w którym grzał swe hemoroidy Bruno Schultz i popijam łychę ze szklanki która jeszcze śmierdzi z lekka cygarem Winstona Churchilla. Kudowa Zdrój. Najstarsze uzdrowisko na krańcu świata, do którego przynajmniej raz w życiu przyjechać musi każdy celebryt tego świata. Podobno papież Franciszek najpierw odwiedził incognito ten słynny pensjonat, zanim poleciał do Balic na ŚDM. "Zobaczyć Kudową i umrzeć", jak mówił Wokulski do swej nadmuchiwanej lalki.
W Pensjonacie panuje ciężka i duszna atmosfera. Nad wielką salą, pełniącą rolę recepcji, baru i sali balowej unosi się złowrogi nastrój. Nerwowe spojrzenia które rzucają pensjonariusze pogłębiają grozę. Nikt nie wie kto jest odpowiedzialny za popełnioną tu zbrodnię. Który z pensjonariuszy zdobył się na tak przerażający czyn? Co nim powodowało? Czy czytał Wyborczą czy W sieci? Na kogo głosował? Jak bardzo skrzywioną psychikę musi mieć ten jeden jedyny pensjonariusz, który zdobył się na to, aby napisać w ubikacji „Andrzej Dupa”...
Dlatego właśnie siedzę w fotelu w zacienionym rogu sali, popijam łychę i obserwuję pensjonariuszy. Sam Piotr Maziarz, słynny w Rzeczypospolitej ostatni sprawiedliwy burmistrz Kudowej wysłał do mnie telegram prosząc mnie, abym rozwiązał tę zagadkę. Dlatego tu jestem. Dlatego przejechałem wiele mil ze wschodu w kurzu i deszczu i wynająłem od starszej już właścicielki patrzącej podejrzliwie spod krzaczastych brwi, najdroższy apartament w tym pensjonacie, w którym sto lat temu nocował sam Churchill.
„Andrzej Dupa”... Na razie w moim notesie figurują jedynie te dwa słowa. Kto jest złoczyńcą, a kto jest dobry? Komu mogę zaufać? Gdzie zaprowadzi mnie śledztwo? Ile miejsc, gór i dolin na Dolnym Śląsku muszę odwiedzić aby znaleźć odpowiedź... Pytania cisną się do głowy. Wątki mieszają się. Wypiłem już całą butlę łychy i wszystko mi się poplątało... Jaki jest mój nr pokoju??? ...

Wakacyjne lektury

Czwartek 4 sierpnia

Wakacyjne lektury... Warunek - muszą być miłe, lekkie i przyjemne. Takie też kryterium przyjąłem wybierając książki na wakacje. A cóż zatem przyjemniejszego niż czytanie o strzelaniu do Niemców i - tu dodatkowy bonus - jednocześnie do faszystów... Melchior Wańkowicz "Hubalczycy" to lektura pierwsza, spełniająca to kryterium w pełni.
Dalej równie lekko: najnowszy Piotr Zychowicz "Żydzi". Zapowiadana jako coś mocno kontrowersyjnego, a wydaje się zupełnie spokojna i wyważona w ...sądach, mimo że autor jest zdeklarowanym narodowcem. Niestety jednym z nielicznych którzy zasługują na szacunek.
Odświeżyłem też w łepetynie czytane kiedyś "MW" Łysiaka. Jak zawsze pyszne.
Skoro wakacje, to obejść się bez reportażu nie sposób: na kanwie narodowych masturbacji o zagrożeniu Islamem w Polsce postanowiłem poczytać o rewolucji w Iranie. Nr 4 to "Szachinszach" Kapuścińskiego.
I na koniec biografia: tym razem fanatyk województwa Wielkopolskiego Marek Rezler w opowieści o legendarnym generale Legionów, którego nazwisko trafiło do Hymnu: "Jan Henryk Dąbrowski".
Tyle. Pięć. Ni mało ni dużo. Ale więcej niż średnia.
A Wy? Co czytaliście ciekawego w lipcu?

środa, 3 sierpnia 2016

Rozdział VIII - ostatni "...i żyli długo i szczęśliwie"


Prolog
Gdy pasterzowi zaczynają podobać się owce - czas wracać do domu, jak mówi starożytne łemkowskie przysłowie. Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Czas wracać do dom. Poza tym właścicielka kwatery ostatecznie wywaliła nas za zaległe rachunki.
PKS-y przyczesane, skarpety i sandały na nogach. Można ruszać. Wierna Meganka narowi się już w stajni. Zatankowałem ją do pełna (nie jak zwykle bezołowiową 95 - tym razem wlałem Diesla - jak przygoda to przygoda). Resztkę oleju wlałem do pojemnika od spryskiwaczy, odpaliłem silnik, zaskoczył już po 3 razie: kontrolka zabłysła i pojawił się znajomy kwadracik i napis SERVICE (swoją drogą co to są te service?), sprawdziłem elektronikę - okno od kierowcy nie działa. A zatem wszystko gotowe. Idziemy jeszcze raz na plażę sprawdzić czy siły polskie utrzymają pozycję i ruszamy na południe przez całą dziką i egzotyczną Polskę. 
Spróbuję napisać coś podczas podróży, ale nie wiem czy będzie czas, jedziemy wszak przez ogarniętą antyniemieckim powstaniem Wielkopolskę, oraz przez Dolne i Górne Śląski. Cel: Małopolska i jej zaniedbane czarnoziemy.
Howgh!

Epilog
Wbrew jakiejkolwiek szkole filologicznej od razu po prologu postanowiłem dać epilog. Zresztą i tak nie rozumiem co znaczą te pojęcia, poza tym, że prolog jest z przodu.
Tym razem wleźliśmy na plażę najbardziej uczęszczanym deptakiem przez wydmy - grzybowską ulicą Plażową. I od razu urosło mi serce. Tłumy panów w skarpetach i sandałach, parawany ustawiane obok siebie tak że "gdyby nie panna Hela nie byłoby gdzie palca wcisnąć", rząd sikających na wydmie mężczyzn... Rodacy! Wreszcie poczułem że jednak jest to zdecydowanie polskie wybrzeże. Niemca nie uświadczysz, co oznacza że ofensywa od Kołobrzegu spycha z wolna siły niemieckie na zachód.
Jak zwykle obejrzałem kilka dekoltów hydraulika, zanurzyłem jądra w morskiej fali, oddałem wydmom co cesarskie, po czym przebrałem kąpielówki na majty.
Ostatnie lody, ostatnia rybna zupa i ostatni filet który raz jeszcze zmusił mnie do podziwiania wydm i wystartowaliśmy na południowy zachód.
Po dwóch godzinach w okolicach Szczecina niemal w ostatniej chwili skręciliśmy z autostrady która ciągnęła nie gdzie indziej a na Niemcy (wiecie co by ze mną zrobili - Gestapo monitoruje wszystkie moje wpisy) i ruszyliśmy wprost na południe starożytnym szlakiem S3 którym Rzymianie wozili znad Bałtyku do Watykanu muszelki które sprzedali im jako bursztyn przedsiębiorczy Pomorzanie (starożytnym Szlakiem Muszelkowym, zwanym Bursztynowym).
Jechaliśmy wzdłuż Odry. Słupy graniczne które Bolesław Chrobry powbijał w dno tej rzeki aby odgrodzić zdrową słowiańską puppę od teutońskiego pryszcza wciąż sterczą w górę niczym po viagrze. Od zachodniej flanki jesteśmy bezpieczni. Gdzieś tu była Cedynia, pod którą Mieszko i jego brat Czcibor spuścili słuszny wp...ol wiecie komu.
Przecięliśmy główny europejski szlak handlowy Wschód-Zachód (A2), minęliśmy pomnik Dżizusa, który wystawili mu fani w Świebodzienie (załączyłem zdjęcie), mignęły nam winnice w okolicach Zielonej Góry i wreszcie dojechaliśmy do starej dobrej A-czwórki w punkcie pomiędzy łemkowsko-lwowskim Wrocławiem i polami pod Legnicą, gdzie Tatarzy Dżingis Chana dali nam srogiego łupnia. Przed nami jechał ukraiński TIR na krymskich blachach, ale na szczęście Dżizus czuwał nad nami i tatarski kierowca dał się wyprzedzić pomimo lini ciągłej, zakazu wyprzedzania i stromej górki...
Stąd już jechaliśmy na wschód w kierunku naszej biednej, zapyziałej Małopolski. Bramki wrocławsko-gliwickie 16,20 zł, bramki katowicko-krakowskie 20 zł, dla Niemców odpowiednio 20zł i 30zł chyba że powiedzą "Grzegorz Brzęczyszczykiewicz Chrząszczyżewoszyce, powiat Łękołody".
O godzinie 00:45 osiągnęliśmy wreszcie macierzysty Kraków, szczęśliwi że udało nam się wreszcie uciec od Niemców... Niestety, prawdziwe kłopoty miały się dopiero zacząć. Otóż w Krakowie właśnie zaczynały się...
Ale to już całkiem inna historia.


HOWGH

KONIEC

Słowniczek:
* Kałakutas (lit) - Indyk.
* BLOG (niem) – skrót od Bundeswehra, Luftwaffe, Ordnungspolizei, Gestapo
* Jomsborg (wik) – Wolin
* prof. Litel Honej – prof. Miodek
* dekolt hydraulika – patrz rozdz. VII

Rozdział VII „Bundeswehra, Luftwaffe, Ordnungspolizei, Gestapo”

24 lipca 2016

Niemcy, Niemcy, Niemcy... Co takiego siedzi w tych germańskich najeźdźcach, że można o nich pisać w nieskończoność i wyżywać się do woli...
Po zdecydowanej nauczce zostawili moje pozycje w spokoju. Póki co. Mojego syna przyuczam do akcji Małego Sabotażu, na razie nauczyłem go rysować symbol Polski Walczącej - słynną Kotwicę. W jego wykonaniu wygląda to co prawda jak przypadkowe kreski, ale nie tracę nadziei. Wszystkie niemieckie parawany w zasięgu wzroku posiadają już ten znak.
Przyjęli inną taktykę. Dziś rozbiła się obok nas spora niemiecka rodzina i ku mojemu przerażeniu zaczęli germanizować mojego syna. Zrobiło się niebezpiecznie. Zbysio głaskał nawet ich narodowo-socjalistycznego psa! Ale napęczniałem z dumy gdy grając z młodym Niemcem w plażowego fusbala mój własny syn śpiewał z zapamiętaniem "Polskaaaa. Biało-czerwooooni". Poczułem się niczym Maria Konopnicka gdy pisała Rotę.
Ciekawostki. Nie tylko my ale wielu innych również zauważyło, że tego lata na plaży nie ma w ogóle muszelek. Za to Niemcy opuszczają plażę z pękatymi torbami. Chyba nie muszę Wam tłumaczyć co to oznacza. Polskie dobra narodowe znów są wywożone na zachód! Zgłosiłem już ten problem do wojewody zachodniopomorskiego i na wszelki wypadek do ministra Macierewicza (on nie odpuści). Anonimowo, bo lewaka by nie posłuchali, dziady. Pojawiły się za to meduzy. Gdy obok mnie kąpie się jakiś obywatel zza Odry, hipnotycznymi ruchami rąk staram się skierować meduzę w jego stronę i czuję satysfakcję gdy widzę jak wybiega poparzony z wody krzycząc Hilfe, Hilfe!
Ciekawostki kulinarne. Czy uwierzylibyście jeśli powiedziałbym Wam, że w nadmorskich smażalniach pracują szewcy? A jednak to prawda. Sprzedają tu halibuty! Dla zgrywy zamówiłem jednego halibuta i przygotowany na ostrą awanturę (przygotowałem już nawet ołówek aby wpisać się do księgi życzeń i zażaleń) czekałem na zamówienie. Obsługa widząc mój nastrój postanowiła mnie jednak udobruchać i przynieśli mi ostatecznie rybę. Fileta.
Listy i komentarze. Wielu z Was sugeruje mi abym pisał jakiegoś bloga. Niestety muszę Was rozczarować. Po pierwsze nie wiem nawet co to jest ten blog. A po drugie - i to przeważa szalę - słowo to brzmi zbyt niemiecko. Blog. Brzmi jakby Jurgen Stropp wydawał rozkaz pacyfikacji getta.
Kolejny temat - nie wszyscy zrozumieli rzucone dość ogólnikowo hasło "dekolt hydraulika". Autorem jest mój kolega z pracy Tomasz N., choć pewnie on też od kogoś to usłyszał. Już wyjaśniam. Dekolt hydraulika pojawia się wtedy gdy jakiś mężczyzna pochyla się tyłem do patrzącego wypinając w jego kierunku swe cztery litery, a spodnie i majty zsuwają się w dół odsłaniając właśnie ów "dekolt".
I ostatnie spostrzeżenie - zarzucono mi że sam nie strugałem kołka. Niestety to prawda. Używam już zastruganych kołków od parawanu. Wybaczcie ale nie mogłem się powstrzymać przed koloryzowaniem. Uprzedzając kolejne pytania: czosnek kupuję od miejscowego rybaka. Nie pytam skąd go bierze.
Ale jak tu nie koloryzować! Kochani. Byłem na Jamajce, w Egipcie, we Włoszech, w Chorwacji, w Ukrainie, w Grecji, przejechałem pożyczonym od mojej wspaniałej kuzynki Natalii Lexusem sporą część Stanów. Ale takiej egzotyki i przygód jak w naszej kochanej Polsce nie zaznałem nigdzie. A już zwłaszcza w przepięknym i wspaniałym województwie Zachodniopomorskim (Iza, Waldi, Piotrek - specjalnie dla Was Tubylcy :-) )
Howgh!
PS To już przedostatni wpis. Jutro jedziemy przez całą Polskę na południe do Krakowa. Podróż opiszę w części ostatniej.


Rozdział VI "Donald i Jarosław"

23 lipca 2016

Rolnictwo. Zapytacie co ma wspólnego z plażowaniem. Otóż ma, moi mili. Zarówno farmer patrzący na łany rzepaku jak i spocony grubas na ręczniku na plaży uzależnieni są od pogody. Choć stoją na przeciwległych biegunach. Jeden czeka na deszcz, drugi – na upał. To tak jak w małżeństwie.
Małżeństwo. Sztuka kompromisu. Jin i Jang, Mars i Wenus, Kung i Fu, Donald... i Jarosław. Przeciwieństwa które jednak żyć bez siebie nie mogą. Dlatego też szalona eskapada po szlakach i drogach województwa miała dwa cele. Pierwiastek męski: intelektualny, wysublimowany i pełen polotu. Oraz pierwiastek żeński... Tak. Żeński.
Cóż robić nad morzem gdy nie ma pogody? Oczywiście każde z Was odpowie – chlać na umór niczym szalony Kozak. Niestety kochani… Jestem żonaty. Wszyty w niewiadomym mi miejscu mego ciała esperal nie pozwala już na takie wybryki.
Pozostaje podróż w nieznane. Zjeździliśmy zachodniopomorski tutorial wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu przygód. Przez cały dzień nie widzieliśmy morza... Przyczesałem moje PKS-y, ubrałem skarpety, sandały i w drogę!
Najpierw pierwiastek żeński. Ruszyliśmy na południowy zachód. To tam w dolinie rzeki Iny, w Goleniowskiej puszczy odbywał się zlot wiedźm i czarownic (Iguś... wybacz). Szlak ciągnął przez Trzebiatów, gdzie stoi słynny w Rzeczypospolitej kościół Mariacki wybudowany za pieniądze XIII-wiecznego podatnika. Tu też ulokowana jest najsilniejsza polska jednostka morska – Husaria Wodna. Minęliśmy te zabytki nie zwiedzając ich bowiem mam zakaz wstępu na poświęconą ziemię, gdyż sprzedałem duszę diabłu, jak twierdzi poseł Krystyna Pawłowicz i podążaliśmy dalej na Gryfice i Nowogard.
Kochani. Widziałem na szlaku setki najodważniejszych ludzi na naszej planecie. Nie lada odwagi bowiem wymaga podjęcie decyzji o podróży nad morze w weekendowym szczycie sezonu. I wyobraźni.... 20 kilometrowy korek ciągnący się na północ oglądany z wolnego pasa w przeciwnym kierunku stanowi niezapomniany widok. To najodważniejsi ludzie na świecie.
Puszczę goleniowską gdzie mieszka najsłynniejsza wiedźma i zielarka w całej Polszcze osiągnęliśmy w południe. Tam moja lepsza i piękniejsza połowa udała się na sabat. Ja zostałem przy mojej wiernej Megance. Na wszelki wypadek miałem pod ręką kołek i czosnek. Uchylałem się przed przelatującymi na miotłach chichoczącymi czarownicami i paliłem papierosa (prawdziwego - paląc e-papierosa czułbym się jakbym uprawiał oralny seks z robotem). Po godzinie Iga wróciła z naręczem ziół, trucizn i eliksirów. Na wszelki wypadek, gdy nie widziała, pokropiłem to wszystko święconą wodą. Jednak wiedźmy udobruchały mnie trochę dając nam aparaturę do pędzenia bimbru która teraz spoczywa w moim bagażniku. Nie mogę doczekać się powrotu do Krakowa...
Ruszyliśmy wprost na północ starożytnym szlakiem S3. Zdradzę wreszcie mój cel. Jomsborg! Wikingowie, gwałcenie, picie piwa, gwałcenie, rejs Drakkarem w nieznane, gwałcenie! Jomsborg! To tam na wolińskiej kępie stoi słynna wioska Wikingów! Zbliża się ich święto, więc Wikingowie z całej Europy zjeżdżają do Jomsborga aby bawić się i gwałcić. Widzieliśmy tam Franków, a nawet Rusinów. Przyjemna odmiana posłuchać frankońskiego języka który brzmi jakbyś misy cynowe potrząsał. Topory, włócznie, miecze i szczyty, łuki i strzały. Jakże mizernie wygląda przy tym moje uzbrojenie – kołek i czosnek... Zabawom i hulankom nie było końca. Niestety załoga zacumowanego drakkara spiła się do nieprzytomności, więc nie załapaliśmy się na rejs. Wreszcie nasyceni podpłomykami, syci gwałtów wróciliśmy do naszej kwatery, po drodze kupując u przydrożnej wiedźmy kosz jagód.
Howgh!

Rozdział V "Melancholia"

22 lipca 2016

Rolnictwo. Podstawa gospodarki i zdrowia. A jeśli uprawa, to nawóz. W tym kontekście nadbrzeżne wydmy winny być uznane za najlepiej nawożony teren w Polsce. Z wielkim bólem myślę ile dobra tu się marnuje ku chwale Ojczyzny...
Dziś rano nie chciała odpalić moja wierna Meganka. Oczywiście domyślacie się kto za tym stoi... Wczorajszego wieczora dwójka na pierwszy rzut oka niewinnych niemieckich dzieciaków długo kręciła się nieopodal maski. Nie zwróciłem na to uwagi. Zmęczenie. Śmiertelne napięcie i piąty dzień w warunkach bojowych robią swoje. Chwila nieuwagi i młodzi Hitlerjugend dokonali sabotażu.
Ale nie martwcie się. Dziś nadszedł czas zemsty. Esencją planu był piach. Co dzień przynosi się z plaży cale tony piachu. Łazienka na kwaterze przypomina już Błędowską Pustynię. Dwie pieczenie na jednym ogniu... Niczym major Hubal rozpocząłem działania partyzanckie: piach jest już w trybach niemieckiego VV das auto a łazienka lśni czystością. Dodatkowo wślizgnąłem się do ich kwatery i na wiszącym na ścianie obrazie z kutrem, dorysowałem rybakowi charakterystyczny wąsik.
Na plaży sytuacja bez zmian. Heroldzi wprowadzili do menu orzeszki w karmelu.
Czytam na forach o nowej grze w pokemony. Szukałem ich dzisiaj. Zszedłem kawał plaży, lustrowałem teren lornetką, kopałem w piachu… Ale nic. Pustka. Niemcy jeno szwargocą.
Taka mną ogarnęła melancholia, że zakupionego w restauracji fileta wrzuciłem z powrotem w sine fale Bałtyku. Płyń rybko na zdrowie. Nawet do Szwecji.

Howgh!

Rozdział IV i pół "Omamy, czyli skarpety i sandały"

Noc
21/22 lipca 2016 czwartek/piątek

Kochani. Nie mogę spać. Prawdziwy mężczyzna, król plaży i hetman wydm musi być twardy niczym Minister Macierewicz. Tak... Macie rację. Nie posmarowałem się olejkiem bo uznałem to za przejaw gejostwa. Spalona do czerwoności skóra piecze jak szatani. Na szczęście ocaliłem stopy bowiem nie zdjąłem skarpetek. I sandałów. Zresztą i tak mam wachtę. Nie zapominajmy z kim dzielę kwaterę. Naostrzony kołek i główka czosnku spoczywają przy boku.

Nie śpię już czwartą noc i zaczynam mieć omamy. Widzę np coraz częściej właścicielkę kwatery która domaga się zapłaty. Staram się ignorować te halucynacje, ewentualnie wpycham jej kosz z brudną bielizna do prania.
Ale do rzeczy. Kołobrzeg. Najstarsze miasto na świecie. Stało już gdy Sumerowie udomawiali kozę (przez wzgląd na Panie nie będę tu wdawał się w szczegóły), stało gdy faraon Hejhops wykonywał wstępny szkic piramidy (miłosny akt żyrafy i wielbłąda - samców).
To tutaj Piast Kołodziej obrysował ciupagą zarys tego grodu i rzekł:
-Gniezno...
Stojący najbliżej obrócili go twarzą na północ i nieco zdezorientowani pokazali morze. Wówczas sędziwy Piast rzekł:
- Acha. To nie tu.
Po czym oddalił się 300 km na południe i powtórzył operację.
Jak twierdzi prof. Litel Honej nazwa Kołobrzeg pochodzi od falbanek którymi niewiasty obszywają bieliznę w koło. Z brzegu. Stąd Koło-brzeg. Muszę jednak podjąć polemikę ze słynnym profesorem ponieważ falbanki są również na górnej części kostiumu. I już tylko z przodu. Nie wkoło.
Samo miasto jest cudowne. Jest tu jeden z cudów świata: najbardziej rażąca po oczach latarnia. W okolicach centrum wszystko już piękne ale na obrzeżach wciąż widać jeszcze zniszczenia które dokonały wojska Bolesława Krzywoustego podczas zdobywania grodu. Zwłaszcza wokół Polo Marketu.
Kącik kulinarny: picca. Przywędrowała do Polski wraz z królową Boną i początkowo była uznawana za warzywo (stąd: włoszczyzna). Jest to najbardziej kołobrzeskie z kołobrzeskich warzyw... to znaczy z dań. My trafiliśmy na zimną. Ale za to była droga. I niedobra. Polecam. Kibel dla klientów: 2zł, dla innych: 4zł a dla Niemców: 6zł chyba że powiedzą "soczewica koło miele młyn".
Teraz czas na ogłoszenie dla członków Klubu Dendrofila "Dżepetto": drzewa tu strzeliste, czasem przybierają bardzo nęcące kształty, kora twarda i jędrna, dziuple... jak dziuple. Przybywajcie.
Już jutro zaczyna się Festiwal Sanrajs. Elektronika haus i techno. Wyrazy te pochodzące ze starofenickiego, po polsku oznaczają kolejno: ruja, poróbstwo, i - tu nieprzetłumaczalna gra słów opierająca się głównie na genitaliach i kapuście. Hańba dla każdego szanującego się rockera bluesmana jazzmana czy metala. Nie wspominając o Kaczyńskim. Bogusławie. Sam Komendant Piłsudski na wieść ze są tacy którzy słuchają tego g...na powiedział swoje słynne słowa: "Naród wspaniały tylko ludzie K...wy".
Na koniec powiem Wam kochani że mam szczęście. Gdy leżę na plaży i spojrzę w któraś stronę zawsze tyłem do mnie stoi pochylony spocony grubas w zsuniętych odrobinę slipach i demonstruje mi "dekolt hydraulika". Dobranoc

Howgh!

Rozdział IV "Kryptonim Sanrajs"

21 lipca 2016 czwartek

Sytuacja taktyczna: Polaków coraz więcej ale i Niemcy ściągają odwody. Od Sztabu przyszła informacja że jutro rusza potężna ofensywa z Kołobrzegu. Kryptonim Sanrajs.
Rys historyczny. Germanie przyszli cholera wie skąd i obalili Cesarstwo Rzymskie. Generalnie dzielą się na dużych i małych. Tych dużych stworzył Saruman w Isengardzie. Noszą charakterystyczne wąsiki. Urukhaje.
Kącik kulinarny. Gofry... zwykłe bezpieczne i zdawałoby się neutralne światopoglądowo gofry w istocie niosą ze sobą faszystowską narodową ideologię. Czy ktoś z Was zwrócił uwagę że te niewinne kwadraciki to zakamuflowane i sprytnie ukryte swastyki? Dodam ze również na plaży niejedna Helga ubrała stringi układające się w Haken Krojce! (cytat za Łukasz Sojka)
W restauracji napotkałem Litwinów i dociekałem czy przynależą do laudańskiej chorągwi i przybyli nam na odsiecz, ale ignorowali mnie i wołali jedynie w swoim języku do pikolaka: "Kałakutas! Kałakutas*!".
Na koniec rozrywka: drepcząc po plaży od Kołobrzegu po Grzybowo wydeptałem na piasku gigantyczny napis widoczny jedynie z kosmosu na cześć naszych miłościwie nam panujących: Bóg Ojczyzna Honorarium (dotyczy wszystkich partyj po równo). Choć z kosmosu i tak g...no widać.
Howgh!

PS. Mija czwarty dzień i nie widziałem dotąd ani jednego rudego. Przypadek?

Rozdział III "Filet"

20 lipca 2016 środa

Noc przetrwałem. Moment krytyczny nastał gdy wypuścili jaskiniowego trolla… Ale udało się.
Pytacie po czym poznać Niemca na plaży. To proste. Noszą charakterystyczne trupie główki na czarnych mundurach.
Na plaży panuje typowa wojna pozycyjna. Obie strony okopały się i czekają na sygnał. Siły niemieckie charakteryzują się krzesełkami, natomiast Polacy sytuują swe okopy wyżej, na wydmach. Ja okopałem się według wszelkich zasad, otoczyłem parawanem, wykopałem fosę i postawiłem ostrokół. Żywcem mnie nie wezmą. Powoli napływają z południa siły polskie, głównie Ślązacy, spychając zwolna Niemców na zachód w kierunku Dźwirzyna.

Sprawdziłem też stan kolei pomorskich na linii Trzęsacz -Pogorzelica. Bardzo sprytni ci Pomorzanie. Otóż zrobili kolejkę wąskotorowa dzięki czemu Erika Sztajnbach nie wjedzie tu swym pancernym pociągiem. Sprawdziliśmy też stan taboru w Gryficach. Parowozy mają się dobrze.
Czas na kącik kulinarny. My, ludzie Południa, zajadamy pstrąga i solonego śledzia, natomiast nad Bałtykiem najbardziej popularna ryba to FILET. Przybiera różne kształty i smaki. Zwykle ma ości.
I na koniec trochę nauki. Udało mi się potwierdzić śmiałą i kontrowersyjną tezę której autorem jest szwedzki profesor Niżznad Skandynawii a która brzmi: pytanie o smak morskiej wody, słony czy słodki traci znaczenie gdy zagryzasz glonami.

Howgh!