Nazywam
się Maroł. Filip Marloł. Teraz już tylko tego jestem pewien. Dotąd sprawa
posiadała wymiar powiatowy. Po ingerencji z samej Warszawy, gigantycznej
metropolii Rzeczypospolitej, wielkiej niczym dzielnica Szanghaju, zbrodnia
osiągnęła wymiar krajowy, a nawet międzynarodowy…
Po dwóch
dniach błąkania udało mi się wydostać z Błędnych Skał. Na szczęście nie na
czeską stronę. Nie miałem wystarczającego zapasu tlenu, więc zginąłbym tam
marnie. Zataczając się nie wiem nawet kiedy wdrapałem się na najwyższy szczyt
Gór Stołowych, majestatyczny Szczeliniec (919m npm czyli 899 metrów nad
poziomem Bałtyku). Głód i pragnienie wywołały omamy. Na szczycie ujrzałem Kwokę
i Główę Konia… Zawrót głowy podciął mi nogi i stoczyłem się bezwładnie w dół,
uderzając w końcu karkiem w jakąś skalną formację. Były to słynne sudeckie
skalne grzyby – skały które pod wpływem złowrogiego pola siłowego wydzielanego
przez niedalekie Czechy przybrały zdeformowane kształty. Wrzeszcząc
histerycznie z przerażenia biegałem wśród tych skalnych potworów, aż wreszcie
jakimś cudem trafiłem na powrót do Kudowej…
Doprowadziłem
się jak zwykle do porządku, zjadłem wykwintny obiad w najdroższej kudowskiej
restauracji o dźwięcznej nazwie Bar Mleczny na ulicy 1 Maja i poszedłem
ponownie do Parku Zdrojowego aby nawodnić się Marchlewskim. Rozejrzałem się.
Kudowa
gościła niejednego męża stanu… I żonę stanu. Na parkowych ławeczkach ujrzałem
ministra Macierewicza grającego w karty z Michnikiem, Sylvio Berlusconi w
Teatrze Pod Blachą opowiadał jakieś pocieszne facecje kilku młodym chichoczącym
podlotkom, prezydent Kwaśniewski wraz z prezesem Kaczyńskim nalali sobie całą
butelkę mineralnej (Marchlewskiego) – po czym już poza pijalnią dolali
zdrowotną wodę do innej butelki wypełnionej już w połowie jakimś tajemniczym płynem
i udali się w krzaki, prezydent Władimir Pupin wraz z prezydentem Erdoganem
oraz Wiktorem Orbanem grali w salonowca nieopodal pensjonatu Zameczek, czemu
przyglądał się leniwie opalający się nieopodal prezydent Obama, a prezydent Fransua
Oland zajadał się zachwycony oscypkiem w Ogrodzie Muzycznym. Tylko premier
Kamerun przechadzał się samotnie przestraszony, ignorowany ostentacyjnie przez
wszystkich pozostałych. Kogoś mi w tym gronie brakowało…
Nazywam
się Maroł. Filip Marloł. Teraz już tylko tego jestem pewien. Wątki plączą się i
gubią w tej zataczającej coraz szersze kręgi sprawie.
W
pensjonacie odnalazłem kolejne ślady. Pierwszy z nich to włos. Rudy, krótki i
gruby męski włos. Schowałem go do portfela. Następnie niczym tropiciel śladów
Old Szaterhend przebadałem raz jeszcze zaschnięte już ślady roweru. Po głębszej
analizie doszedłem do wniosku, że były to dwa rowery. Jeden jechał za drugim.
Zatem przestępców było dwóch… Sprytnie. I wreszcie ślad ostatni. Wpadłem na
niego dzięki głodowi nikotynowemu. Grzebiąc w popielniczce w poszukiwaniu
niedopałka, innymi słowy „pojary” czy też „kiepa” natknąłem się na dwa zmięte
bilety lotnicze. Oba łączył jeden punkt docelowy – lotnisko we Wrocławiu. Jeden
był z Brukseli, drugi… z Berlina. Na jednym z niedopałków papierosów zauważyłem
ślad szminki.
Miałem dotąd
w planach rozszerzyć śledztwo na Lądek Zdrój i Góry Sowie, a nawet na stolicę
tej ziemi – Kłodzko, jednak po ostatnich rewelacjach mój siódmy zmysł detektywa
skierował mnie prosto do samej potężnej stolicy Dolnego Śląska. Kolebkę
kultury, prastare biskupstwo i największe skupisko Łemków w całej
Rzeczypospolitej.
Do
Wrocławia.
Ostatni
wieczór w pensjonacie Wrzos, spędziłem znowu z butelką whisky i cygarem,
porządkując w głowie to co udało mi się ustalić w śledztwie. Guma Donald. Rudy
włos. Dwa lotnicze bilety z Brukseli i Berlina. Ślad dwóch rowerów. Ślad
damskiej szminki na niedopałku. Niedojedzona parówka… Cykliści i wegetarianie…
Andrzej Dupa…
Osiemdziesięcioletnia
apsztyfikantka zapytała grzecznie czy może się dosiąść. Udałem że jestem
Niemcem i odparłem z hamburskim nienagannym akcentem:
- Ja nie
panimaju…
Po czym
uśmiechając się niepewnie oddaliłem się do swego pokoju. To ja już wolę
Czechów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz