środa, 3 sierpnia 2016

Rozdział VI "Donald i Jarosław"

23 lipca 2016

Rolnictwo. Zapytacie co ma wspólnego z plażowaniem. Otóż ma, moi mili. Zarówno farmer patrzący na łany rzepaku jak i spocony grubas na ręczniku na plaży uzależnieni są od pogody. Choć stoją na przeciwległych biegunach. Jeden czeka na deszcz, drugi – na upał. To tak jak w małżeństwie.
Małżeństwo. Sztuka kompromisu. Jin i Jang, Mars i Wenus, Kung i Fu, Donald... i Jarosław. Przeciwieństwa które jednak żyć bez siebie nie mogą. Dlatego też szalona eskapada po szlakach i drogach województwa miała dwa cele. Pierwiastek męski: intelektualny, wysublimowany i pełen polotu. Oraz pierwiastek żeński... Tak. Żeński.
Cóż robić nad morzem gdy nie ma pogody? Oczywiście każde z Was odpowie – chlać na umór niczym szalony Kozak. Niestety kochani… Jestem żonaty. Wszyty w niewiadomym mi miejscu mego ciała esperal nie pozwala już na takie wybryki.
Pozostaje podróż w nieznane. Zjeździliśmy zachodniopomorski tutorial wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu przygód. Przez cały dzień nie widzieliśmy morza... Przyczesałem moje PKS-y, ubrałem skarpety, sandały i w drogę!
Najpierw pierwiastek żeński. Ruszyliśmy na południowy zachód. To tam w dolinie rzeki Iny, w Goleniowskiej puszczy odbywał się zlot wiedźm i czarownic (Iguś... wybacz). Szlak ciągnął przez Trzebiatów, gdzie stoi słynny w Rzeczypospolitej kościół Mariacki wybudowany za pieniądze XIII-wiecznego podatnika. Tu też ulokowana jest najsilniejsza polska jednostka morska – Husaria Wodna. Minęliśmy te zabytki nie zwiedzając ich bowiem mam zakaz wstępu na poświęconą ziemię, gdyż sprzedałem duszę diabłu, jak twierdzi poseł Krystyna Pawłowicz i podążaliśmy dalej na Gryfice i Nowogard.
Kochani. Widziałem na szlaku setki najodważniejszych ludzi na naszej planecie. Nie lada odwagi bowiem wymaga podjęcie decyzji o podróży nad morze w weekendowym szczycie sezonu. I wyobraźni.... 20 kilometrowy korek ciągnący się na północ oglądany z wolnego pasa w przeciwnym kierunku stanowi niezapomniany widok. To najodważniejsi ludzie na świecie.
Puszczę goleniowską gdzie mieszka najsłynniejsza wiedźma i zielarka w całej Polszcze osiągnęliśmy w południe. Tam moja lepsza i piękniejsza połowa udała się na sabat. Ja zostałem przy mojej wiernej Megance. Na wszelki wypadek miałem pod ręką kołek i czosnek. Uchylałem się przed przelatującymi na miotłach chichoczącymi czarownicami i paliłem papierosa (prawdziwego - paląc e-papierosa czułbym się jakbym uprawiał oralny seks z robotem). Po godzinie Iga wróciła z naręczem ziół, trucizn i eliksirów. Na wszelki wypadek, gdy nie widziała, pokropiłem to wszystko święconą wodą. Jednak wiedźmy udobruchały mnie trochę dając nam aparaturę do pędzenia bimbru która teraz spoczywa w moim bagażniku. Nie mogę doczekać się powrotu do Krakowa...
Ruszyliśmy wprost na północ starożytnym szlakiem S3. Zdradzę wreszcie mój cel. Jomsborg! Wikingowie, gwałcenie, picie piwa, gwałcenie, rejs Drakkarem w nieznane, gwałcenie! Jomsborg! To tam na wolińskiej kępie stoi słynna wioska Wikingów! Zbliża się ich święto, więc Wikingowie z całej Europy zjeżdżają do Jomsborga aby bawić się i gwałcić. Widzieliśmy tam Franków, a nawet Rusinów. Przyjemna odmiana posłuchać frankońskiego języka który brzmi jakbyś misy cynowe potrząsał. Topory, włócznie, miecze i szczyty, łuki i strzały. Jakże mizernie wygląda przy tym moje uzbrojenie – kołek i czosnek... Zabawom i hulankom nie było końca. Niestety załoga zacumowanego drakkara spiła się do nieprzytomności, więc nie załapaliśmy się na rejs. Wreszcie nasyceni podpłomykami, syci gwałtów wróciliśmy do naszej kwatery, po drodze kupując u przydrożnej wiedźmy kosz jagód.
Howgh!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz